niedziela, 2 lutego 2014

The First And Second Blow

KURSYWA TO WSPOMNIENIA, NORMALNE TO CZAS TERAŹNIEJSZY

Pamiętam dzień w którym się poznaliśmy jak przez mgłę.

Było zimno, wręcz lodowato. Mróz szczypał w moje policzki, zostawiając na nich czerwone ślady.

Szczerze, z całego serca nienawidziłem zimy, a ten dzień był wyjątkowo okropny. Miałem zaledwie dziewiętnaście lat i szedłem do pracy w klubie Night Caffe, gdzie byłem kelnerem, a od czasu do czasu robiłem za artystę, śpiewając i grając na gitarze.

Nie mogę nazwać tego inaczej, nie potrafię. To musiało być przeznaczeniem, wyglądając jak scena z tandetnego filmu.

Chodnik był okropnie oblodzony, więc ja, niezdara życia, poślizgnąłem się kawałek przed drzwiami, które w tym samym momencie otworzyły się, a ja momentalnie wpadłem w ramiona nieznajomego.
Zayna.

On się zaśmiał, za to ja spłonąłem rumieńcem, którego zapewne nie było widać, bo przecież moje policzki i tak były już okropnie purpurowe.

Przeprosiłem, a wtedy Zayn spytał, czy mam ochotę iść z nim na kawę.

Miałem, ale nie mogłem.

Przez następne dwa tygodnie pojawiał się w Night Caffe każdego dnia, na moją zmianę. Obserwował, uśmiechał się, czasem zagadywał, lecz tylko wtedy, gdy musiałem go obsłużyć.

I w końcu, któregoś dnia czekał, aż skończę pracę Było około trzeciej w nocy, więc uparł się, by mnie odprowadzić. Czułem się dziwnie, ale nie protestowałem… Sam nie wiem czemu. Nie znałem go, lecz… Czułem się bezpiecznie.

Przez całą tę drogę rozmawialiśmy, opowiadając o sobie.
 

Był świetny; zabawny, czasem kąśliwy, potrafił dopasować się do sytuacji i był również czuły.

Przed drzwiami mojego mieszkania mnie pocałował.

I po tym nie widzieliśmy się przez kolejny miesiąc.

Pamiętam, że ja i Louis udaliśmy się do restauracji niedaleko uczelni, gdzie ja studiowałem astronomię, a Lou psychologię.

Jedliśmy w spokoju, gdy mój przyjaciel nagle oznajmił, że ma spotkać się tutaj z Harry’m, z którym od pewnego czasu się umawiał, a ów Harry miał przyjść z przyjacielem.

Nie byłem towarzyski.

Byłem tym rodzajem chłopca, który czerwieni się od byle komplementu czy niezręczności, więc gdy usłyszałem głos Hazzy, po prostu spuściłem głowę i zacząłem grzebać w talerzu.

- Hej. - Dopiero ten głos wyrwał mnie z mojego świata, w którym byłem wśród gwiazd. Spojrzałem w górę, dostrzegając Zayna. Wyglądał idealnie; kilkudniowy zarost, uśmiech, błąkający się gdzieś w kącikach warg, ciemne oczy, otoczone wachlarzem długich, czarnych rzęs i perfekcyjnie ułożone, czarne włosy, tym razem z blond pasemkiem na przodzie.

- To pasemko ma dla ciebie. - Szepnął mi Louis na ucho, a ja od razu pokryłem się purpurom.
Chłopcy usiedli naprzeciw nas, zaczynając z Lou przyjazną rozmowę,a ja odpłynąłem.

Myślałem o Zaynie; o naszym pierwszym spotkaniu, jego wizytach w Night Caffe i w końcu o pocałunku, który był zaledwie muśnięciem warg, więc nie mogłem nawet tego wspominać, gdyż było to porównywalne do dotyku skrzydeł motyla.

- Nialler, żyj. - Szturchnął mnie przyjaciel, a ja spojrzałem na wszystkich dookoła, czując się nagle cholernie przytłoczony.

Wolałbym być sam, w pustym pomieszczeniu i po prostu móc odpłynąć.

- Przecież żyję.- Odburknąłem bez przekonania, rozgrzebując widelcem kawałek mięsa na talerzu.

- Ale chyba nie w tym świecie. - Zaśmiał się Zayn.

Obrzuciłem go krótkim spojrzeniem, delikatnie się uśmiechając.

Wydawało się, jakby ten chłopak znał mnie lepiej, niż ja sam, co było przerażające i wspaniałe jednocześnie.

Później już się nie odezwałem, a i nikt nie próbował mnie zagadać. To było dobre.

Od tego czasu widywałem Zayna częściej, lecz i tak prawie nie rozmawialiśmy.

Ja do wszystkiego potrzebowałem czasu, a Malik… Malik był cudowny, bo mi go dawał. Starał się o mnie, małymi kroczkami i gestami, będąc czułym, wyrozumiałym i zawsze skorym do pomocy.

Aż w końcu się zakochałem i dałem nam szansę.

Tego dnia właśnie się przeprowadziłem do jego domu. Wszystkie moje rzeczy były już rozpakowane, a my obaj siedzieliśmy na kanapie, oglądając mecz.

Byłem wtulony w jego bok; czułem się pewnie, bezpiecznie i ciepło, a w dodatku w końcu kochany. 

Czego mógłbym chcieć więcej?

Wtedy wszystko się zaczęło. Powoli, spokojnie, tak, jak mnie zdobywał. Po prostu przyzwyczajał mnie do niektórych nakazów i zakazów, a ja byłem zbyt głupi, by cokolwiek podejrzewać.

Pierwszym moim obowiązkiem było wstawać o szóstej, zmywać naczynia z poprzedniego dnia, robić śniadanie i parzyć kawę tak, by Zayn już o siódmej mógł siadać do stołu, a o siódmej trzydzieści wychodzić. Oczywiście, musiałem też po tym sprzątać.

Myślałem, że tak powinno być, że Zayna to ucieszy i będzie wdzięczny. Lecz on powoli owijał mnie wokół palca, zacieśniając, bym nie mógł uciec.

Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek naprawdę mnie kochał.

Zawsze w soboty sprzątaliśmy. Moim zadaniem było doprowadzić do porządku kuchnię, salon, łazienkę i nasz pokój, a Malik zajmował się resztą.

To przecież dobrze, że dzieliliśmy się obowiązkami, prawda?

Zawsze po takim sprzątaniu, siadaliśmy na tej beżowej kanapie; ja grałem na gitarze, on śpiewał. 

Później przytulaliśmy się, całowaliśmy i po prostu zasypialiśmy w swoich ramionach.

Byłem przyzwyczajony do tej stabilizacji.

On wciąż wprowadzał małe zmiany, niedostrzegalne dla mnie, a ja po prostu się przyzwyczajałem, bo tak musiało być.

Gdy nie wywiązywałem się z obowiązków, byłem karany. Nie odzywał się do mnie, ignorował mnie, czasem popchnął, w późniejszym czasie krzyczał.

Takim sposobem minęły trzy miesiące i nadszedł dzień urodzin Josha, mojego starego kumpla.

Wtedy to złamałem około pięciu zakazów Zayna, którego nie było ze mną na tej imprezie.

Piłem alkohol, wróciłem po północy, nie odbierałem telefonów, nie zapytałem o zgodę, rozmawiałem z innymi mężczyznami.

Po powrocie do domu był wściekły. Pierwszy raz go takiego widziałem. Niestety, nie ostatni.

- Śmierdzisz wódą! - Krzyknął, a ja skuliłem się na mocny dźwięk jego głosu, który echem rozszedł się po domu.

- Josh miał urodziny, to było symboliczne. - Pisnąłem przerażony, odsuwając się kawałek. Pierwszy raz dostrzegłem w nim potwora, którego tak świetnie skrywał.

- Nie kłam. Co jeszcze robiłeś? Oprócz tego, że jest pierwsza w nocy i nie odebrałeś żadnego z moich telefonów. - Warknął, a jego oczy pociemniały.

Nigdy wcześniej nie byłem tak przerażony. Później, to inna sprawa

- Przestań, Zayn. Nie zrobiłem nic złego. - Wyszeptałem niepewnie.

I wtedy to się stało.

Jego pięść z szybkością światła poleciała w stronę mojej twarzy, na końcu spotykając się z moim nosem.

Pierwszym uczuciem był szok, gdy siła uderzenia sprawiła, że cofnąłem się o kilka kroków, a chwilę później przeszywający ból rozszedł się po moim ciele, podczas gdy do moich uszu dobiegł dźwięk łamanej kości.

Krew poleciała jeszcze szybciej, niż cios Zayna, kapiąc na moją brodę, ubrania i podłogę.
Nie panowałem nad łzami, trzęsącym się ciałem, poczuciem strachu, płynącą krwią i nad Malikiem, któremu ten jeden, pierwszy cios nie wystarczył. Musiał nadejść drugi.

Prosto w przeponę, zapierając mi dech w piersi i skutecznie powalając na ziemię.
Wciąż krwawiłem, teraz robiąc wokół mojej twarzy małą kałużę i próbując złapać oddech. 

Zwymiotowałem, wszystkim co zjadłem i wypiłem, przez siłę z jaką zostałem uderzony.

Jak się wtedy czułem? Jak śmieć, bezużyteczna szmata, którą w zasadzie jestem.

On odszedł, a ja leżałem we własnych wymiocinach i krwi, czując się żałośnie, ledwo oddychając, nie mając siły, by żyć.

Lecz mimo wszystko czułem, że dostałem to, na co zasłużyłem.

Zaciskam powieki, spod których nieprzerwanie ciekły łzy.

Komisarz Payne podchodzi i daje mi chusteczkę, którą ja z wdzięcznością przyjmuję i ocieram mokrą twarz.

- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. - Szepcze policjant, a ja kręcę przecząco głową.

- Chcę. - Mój głos jest słaby i drżący, więc odchrząkuję, jakby to miało pomóc. - Chcę w końcu powiedzieć, jak było. Bo nikt nie wiedział. A ja mimo tego wszystkiego wciąż go kochałem i… Wybaczałem mu to wszystko. Nienawidzę tylko siebie, nie jego. On mnie nie zabił, ja go tak.

- Lecz on cię krzywdził. - Payne marszczy brwi, a ja przełknąłem gulę w gardle, ponownie ocierając łzy.

- To było niczym. Później było gorzej. Robił gorsze rzeczy. - Szepczę w przestrzeń, zamykając oczy.

Wspomnienia palą mój umysł niczym żywy ogień, a ja mam ochotę się zabić, lecz wiem, że nawet na to nie zasługuję. Śmierć byłaby zbyt dobra.
Ja muszę cierpieć.

___________________________________________________
Chociaż jeden komentarz? To nie boli !
 

1 komentarz:

  1. cudny .
    czekam na następny i mogę pospojlerować niektórym twoim blogiem bo jest naprawdę świetny . xx
    ~ Natala

    OdpowiedzUsuń