Forgive me Father for I have sinned
niedziela, 4 października 2015
wtorek, 11 marca 2014
The Stench Of Burned Skin
Gdy kolory powoli powracają, moje serce ponownie pęka. Mam ochotę płakać i krzyczeć, bo przecież go zabiłem - jak mogłem?
Zamiast tego, mrugam kilka razy i pozostaję niewzruszony, patrząc na komisarza Payne’a, na którego twarzy maluje się troska i zaniepokojenie.
- Wszystko w porządku? - Pyta, a ja natychmiast przytakuję, otrząsając się z resztek emocji i uczuć.
- Mogę kontynuować?- Szepczę, a mój głos mimo to lekko drży, jest zachrypnięty i słaby, jakbym używał go po bardzo długiej przerwie, lub krzyczał godzinami.
- Myślę, że powinieneś odpocząć od tej opowieści. - Odzywa się nagle Ojciec Diego, a ja dopiero teraz przypominam sobie o jego obecności.
- Nie chcę. Nie mogę, gdy wspomnienia są aż tak żywe. - Odpowiadam natychmiast i nagle ogarnia mnie strach, bo przecież powinienem być posłuszny i się dostosowywać, więc zaciskam powieki i kulę się, czekając na karę.
- Niall, nikt tutaj nie zamierza cię uderzyć. - Głos komisarza Payne’a jest delikatny i z jakiegoś powodu ja wierzę w jego słowa.
- Zayn ukarałby mnie za tak skandaliczne zachowanie. - Oznajmiam natychmiast, przygryzając wargę.
Któregoś razu, nie zgodziłem się z nim w decyzji, jaką chciał podjąć.
Nie pamiętam, o co chodziło, ale byłem okropnie zawzięty, by postawić na swoim.
Zdenerwował się. Dość szybko, gdyż wcześniej wypił kilka piw, a to wzmagało jego agresję stu procentowo, lecz nie śmiałem nigdy zwrócić mu uwagi.
Podszedł do kominka, wsadził pogrzebacz do ognia i bawił się nim - naprawdę myślałem, że chce się w ten sposób jakoś uspokoić.
Tak bardzo się myliłem.
Chwilę później podszedł do mnie z rozgrzaną do czerwoności stalą, a ja dopiero wtedy zacząłem się bać.
- Zdejmuj spodnie. - Nakazał ostrym głosem, a ja nie śmiałem się sprzeciwić, więc ściągnąłem je z prędkością światła.
Podszedł blisko, pogrzebacz trzymając milimetry od mojej skóry - tak, że mogłem poczuć bijący od niego gorąc.
Chwilę później zwinnie przycisnął go do mojego uda.
Krzyknąłem - początkowo z szoku - ale chwilę później z ogromnego bólu, jaki odczułem.
Gdy zabrał przyrząd, popatrzyłem na ranę z otwartymi ustami. Była poczerniała dookoła, ze środka leciała krew, a w powietrzu unosił się smród spalonej skóry.
A on odszedł. Zostawił mnie, płaczącego, skowyczącego z bólu, ale wiem, że zasłużyłem.
Zamykam oczy, lekko roztrzęsiony.
- Jak często robił ci coś takiego? - Pyta Payne przez zaciśnięte zęby.
- Zawsze, gdy zachowywałem się źle. - Osuwam spodnie do kolan, pokazując liczne, grube blizny.
Nawet teraz wyglądają okropnie, więc krzywię się, gdy muszę na nie patrzeć.
- Był potworem. - Stwierdza rzeczowo komisarz, a ja patrzę na niego z bólem w oczach.
- Kochał mnie. - Szepczę pewnie, czując napływające łzy.
- Nie kochał cię - warczy - bo gdyby cię kochał, nigdy by cię nie skrzywdził, rozumiesz? Nawet ja traktuję cię lepiej, choć mógłbym boleśnie cię obezwładnić.
Kręcę głową, a wtedy łzy po prostu spadają na podłogę, a ja mam wrażenie, że słyszę, jak rozpryskują się na ziemi.
- Nie rozumiesz tego. Jesteś zbyt… - W ostatniej chwili gryzę się w język i kulę, chcąc uniknąć ciosu, którego się spodziewam.
- Nikt tutaj nie zamierza cię krzywdzić. - Wzdycha Payne. - Nikt już nigdy cię nie skrzywdzi.
Rusza w moją stronę, a moje serce zamiera w piersi w nagłym przerażeniu.
Lecz wtedy on po prostu mnie obejmuje, moją twarz chowając w swoją pierś, a wtedy ja zaczynam szlochać, bo pierwszy raz od bardzo dawna czuję się bezpiecznie i pewnie.
Gdzieś na dnie mojego serca zaczyna płonąć płomyk nadziei, że znów będzie dobrze, że wybaczę samemu sobie i dam radę żyć normalnie.
Więc płaczę jeszcze bardziej, mocząc materiał koszulki Payne’a i wtulam się w niego jeszcze mocniej, jakby od tego zależeć miało moje życie.
- Na pewno nie chcesz odpocząć? - Pyta cicho, a jego ciepły oddech owiewa moje ucho. - Zabiorę cię do siebie, kupię coś do jedzenia, a jutro wrócimy. - Zapewnia.
Przytakuję, choć mam ochotę stać tutaj, w jego objęciach przez resztę mojego życia.
Komisarz odchodzi ode mnie i nagle ogarnia mnie dziwne uczucie pustki i smutku, lecz już po chwili czuję, jak jego palce splatają się z moimi, a gdy zerkam na jego twarz, widzę szeroki, szczery uśmiech i po prostu wiem, że się rumienię.
Myślę o tym, jak w brzuchu czuję coś nowego, co dopiero się rodzi, ale daje mi poczucie, że będzie wielkie i potężne, a ja całkowicie w to wierzę.
Ogarnia mnie uczucie szczęścia - tak silne, że uśmiecham się szeroko i mam ochotę zacząć śpiewać, lecz zaraz uspokajam się, cień uśmiechu chowając w kącikach warg.
- Więc przenocujesz u mnie, dobrze? Zamówię pizzę i pożyczę ci ubrania. - Mówi Payne, gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni.
- Dziękuję panu, ale to za wiele. Sam nocleg jest wystarczający.
- Po prostu Liam. - Wzdycha, gdy jesteśmy już niedaleko obrzeży miasta. - I naprawdę nalegam.
- W porządku. - Odpowiadam, jak zwykle nie chcąc się sprzeciwiać.
Jestem w pewnym stopniu spełniony, choć nie rozumiem, jak.
- To mój samochód. - Wskazuje na czarny, niski mercedes, lecz ja nie znam się na samochodach, więc nie mam pojęcia, jaki to model.
Puszcza moją dłoń i znów zaczynam czuć się niepewnie, lecz on wtedy otwiera przednie drzwiczki, a ja wsiadam.
- Jeśli chcesz, możesz się przespać.
Więc opieram głowę o szybę i przymykam powieki, myśląc o tym, jak kojąco wpływa na mnie obecność tego mężczyzny.
|FMFFIHS|
Budzę się, spocony i kompletnie przerażony choć nie mam pojęcia, dlaczego.
Leżę w samych bokserkach, przykryty kołdrą na ogromnym łóżku z aksamitną pościelą.
Powietrze dookoła jest przyjemnie chłodne, a za oknem widać srebrny księżyc w pełni, jakby chciał on oświetlić mi pomieszczenie.
Odgarniam z czoła mokre, blond włosy i rozglądam się dookoła w zdezorientowaniu.
- Liam? - Wołam dość głośno, lecz nie na tyle, by obudzić go, gdyby spał.
Chwilę później mężczyzna wchodzi do pomieszczenia, mając na sobie jedynie szare dresy.
- W porządku? - Pyta, a troska maluje się w jego oczach.
Zaprzeczam ruchem głowy, czując jak łzy napływają mi do oczu i przygryzam wargę, by nie drżała.
Liam podchodzi do mnie i kładzie się obok, mocno przyciskając do swojej piersi. Jego skóra jest ciepła i miękka, a słodkawy zapach znów we mnie uderza.
- Boję się - szepczę - Nie mam nic, nie mam nikogo i zamordowałem człowieka. Tak bardzo się boję.
- Wszystko będzie dobrze - odpowiada, całując mnie w czoło. - Zrobię wszystko, by było dobrze. Obiecuję.
A ja wierzę w jego słowa.
- Proszę, nie odchodź. - Mamroczę sennie, czując, że odpływam. - Nie zostawiaj mnie samego.
- Nie zamierzam.
I nie mam pojęcia, czy śnię, czy to dzieje się naprawdę, ale komisarz Payne składa na moich wargach delikatny, jak motyle skrzydła, pocałunek.
ZOSTAW PO SOBIE KOMENTARZ!
Zamiast tego, mrugam kilka razy i pozostaję niewzruszony, patrząc na komisarza Payne’a, na którego twarzy maluje się troska i zaniepokojenie.
- Wszystko w porządku? - Pyta, a ja natychmiast przytakuję, otrząsając się z resztek emocji i uczuć.
- Mogę kontynuować?- Szepczę, a mój głos mimo to lekko drży, jest zachrypnięty i słaby, jakbym używał go po bardzo długiej przerwie, lub krzyczał godzinami.
- Myślę, że powinieneś odpocząć od tej opowieści. - Odzywa się nagle Ojciec Diego, a ja dopiero teraz przypominam sobie o jego obecności.
- Nie chcę. Nie mogę, gdy wspomnienia są aż tak żywe. - Odpowiadam natychmiast i nagle ogarnia mnie strach, bo przecież powinienem być posłuszny i się dostosowywać, więc zaciskam powieki i kulę się, czekając na karę.
- Niall, nikt tutaj nie zamierza cię uderzyć. - Głos komisarza Payne’a jest delikatny i z jakiegoś powodu ja wierzę w jego słowa.
- Zayn ukarałby mnie za tak skandaliczne zachowanie. - Oznajmiam natychmiast, przygryzając wargę.
Któregoś razu, nie zgodziłem się z nim w decyzji, jaką chciał podjąć.
Nie pamiętam, o co chodziło, ale byłem okropnie zawzięty, by postawić na swoim.
Zdenerwował się. Dość szybko, gdyż wcześniej wypił kilka piw, a to wzmagało jego agresję stu procentowo, lecz nie śmiałem nigdy zwrócić mu uwagi.
Podszedł do kominka, wsadził pogrzebacz do ognia i bawił się nim - naprawdę myślałem, że chce się w ten sposób jakoś uspokoić.
Tak bardzo się myliłem.
Chwilę później podszedł do mnie z rozgrzaną do czerwoności stalą, a ja dopiero wtedy zacząłem się bać.
- Zdejmuj spodnie. - Nakazał ostrym głosem, a ja nie śmiałem się sprzeciwić, więc ściągnąłem je z prędkością światła.
Podszedł blisko, pogrzebacz trzymając milimetry od mojej skóry - tak, że mogłem poczuć bijący od niego gorąc.
Chwilę później zwinnie przycisnął go do mojego uda.
Krzyknąłem - początkowo z szoku - ale chwilę później z ogromnego bólu, jaki odczułem.
Gdy zabrał przyrząd, popatrzyłem na ranę z otwartymi ustami. Była poczerniała dookoła, ze środka leciała krew, a w powietrzu unosił się smród spalonej skóry.
A on odszedł. Zostawił mnie, płaczącego, skowyczącego z bólu, ale wiem, że zasłużyłem.
Zamykam oczy, lekko roztrzęsiony.
- Jak często robił ci coś takiego? - Pyta Payne przez zaciśnięte zęby.
- Zawsze, gdy zachowywałem się źle. - Osuwam spodnie do kolan, pokazując liczne, grube blizny.
Nawet teraz wyglądają okropnie, więc krzywię się, gdy muszę na nie patrzeć.
- Był potworem. - Stwierdza rzeczowo komisarz, a ja patrzę na niego z bólem w oczach.
- Kochał mnie. - Szepczę pewnie, czując napływające łzy.
- Nie kochał cię - warczy - bo gdyby cię kochał, nigdy by cię nie skrzywdził, rozumiesz? Nawet ja traktuję cię lepiej, choć mógłbym boleśnie cię obezwładnić.
Kręcę głową, a wtedy łzy po prostu spadają na podłogę, a ja mam wrażenie, że słyszę, jak rozpryskują się na ziemi.
- Nie rozumiesz tego. Jesteś zbyt… - W ostatniej chwili gryzę się w język i kulę, chcąc uniknąć ciosu, którego się spodziewam.
- Nikt tutaj nie zamierza cię krzywdzić. - Wzdycha Payne. - Nikt już nigdy cię nie skrzywdzi.
Rusza w moją stronę, a moje serce zamiera w piersi w nagłym przerażeniu.
Lecz wtedy on po prostu mnie obejmuje, moją twarz chowając w swoją pierś, a wtedy ja zaczynam szlochać, bo pierwszy raz od bardzo dawna czuję się bezpiecznie i pewnie.
Gdzieś na dnie mojego serca zaczyna płonąć płomyk nadziei, że znów będzie dobrze, że wybaczę samemu sobie i dam radę żyć normalnie.
Więc płaczę jeszcze bardziej, mocząc materiał koszulki Payne’a i wtulam się w niego jeszcze mocniej, jakby od tego zależeć miało moje życie.
- Na pewno nie chcesz odpocząć? - Pyta cicho, a jego ciepły oddech owiewa moje ucho. - Zabiorę cię do siebie, kupię coś do jedzenia, a jutro wrócimy. - Zapewnia.
Przytakuję, choć mam ochotę stać tutaj, w jego objęciach przez resztę mojego życia.
Komisarz odchodzi ode mnie i nagle ogarnia mnie dziwne uczucie pustki i smutku, lecz już po chwili czuję, jak jego palce splatają się z moimi, a gdy zerkam na jego twarz, widzę szeroki, szczery uśmiech i po prostu wiem, że się rumienię.
Myślę o tym, jak w brzuchu czuję coś nowego, co dopiero się rodzi, ale daje mi poczucie, że będzie wielkie i potężne, a ja całkowicie w to wierzę.
Ogarnia mnie uczucie szczęścia - tak silne, że uśmiecham się szeroko i mam ochotę zacząć śpiewać, lecz zaraz uspokajam się, cień uśmiechu chowając w kącikach warg.
- Więc przenocujesz u mnie, dobrze? Zamówię pizzę i pożyczę ci ubrania. - Mówi Payne, gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni.
- Dziękuję panu, ale to za wiele. Sam nocleg jest wystarczający.
- Po prostu Liam. - Wzdycha, gdy jesteśmy już niedaleko obrzeży miasta. - I naprawdę nalegam.
- W porządku. - Odpowiadam, jak zwykle nie chcąc się sprzeciwiać.
Jestem w pewnym stopniu spełniony, choć nie rozumiem, jak.
- To mój samochód. - Wskazuje na czarny, niski mercedes, lecz ja nie znam się na samochodach, więc nie mam pojęcia, jaki to model.
Puszcza moją dłoń i znów zaczynam czuć się niepewnie, lecz on wtedy otwiera przednie drzwiczki, a ja wsiadam.
- Jeśli chcesz, możesz się przespać.
Więc opieram głowę o szybę i przymykam powieki, myśląc o tym, jak kojąco wpływa na mnie obecność tego mężczyzny.
|FMFFIHS|
Budzę się, spocony i kompletnie przerażony choć nie mam pojęcia, dlaczego.
Leżę w samych bokserkach, przykryty kołdrą na ogromnym łóżku z aksamitną pościelą.
Powietrze dookoła jest przyjemnie chłodne, a za oknem widać srebrny księżyc w pełni, jakby chciał on oświetlić mi pomieszczenie.
Odgarniam z czoła mokre, blond włosy i rozglądam się dookoła w zdezorientowaniu.
- Liam? - Wołam dość głośno, lecz nie na tyle, by obudzić go, gdyby spał.
Chwilę później mężczyzna wchodzi do pomieszczenia, mając na sobie jedynie szare dresy.
- W porządku? - Pyta, a troska maluje się w jego oczach.
Zaprzeczam ruchem głowy, czując jak łzy napływają mi do oczu i przygryzam wargę, by nie drżała.
Liam podchodzi do mnie i kładzie się obok, mocno przyciskając do swojej piersi. Jego skóra jest ciepła i miękka, a słodkawy zapach znów we mnie uderza.
- Boję się - szepczę - Nie mam nic, nie mam nikogo i zamordowałem człowieka. Tak bardzo się boję.
- Wszystko będzie dobrze - odpowiada, całując mnie w czoło. - Zrobię wszystko, by było dobrze. Obiecuję.
A ja wierzę w jego słowa.
- Proszę, nie odchodź. - Mamroczę sennie, czując, że odpływam. - Nie zostawiaj mnie samego.
- Nie zamierzam.
I nie mam pojęcia, czy śnię, czy to dzieje się naprawdę, ale komisarz Payne składa na moich wargach delikatny, jak motyle skrzydła, pocałunek.
ZOSTAW PO SOBIE KOMENTARZ!
poniedziałek, 24 lutego 2014
Words Can Hurt Too
Tak wiele rzeczy się zmieniło.
Zayn na początku zrobił się odrobinę bardziej oschły i nerwowy, jednak nadal często mnie przytulał, całował i po prostu kochał, więc nie czułem się źle. Nie mogłem.
Sumiennie przestrzegałem zasad i wypełniałem swoje obowiązki, jak najlepiej odnosząc się do zakazów.
Obiecywałem być grzecznym, co w pełni poskutkowało dopiero po tygodniu, ponieważ przez cały ten czas nie odezwał się do mnie ani słowem.
Mimo to, starałem się całym sercem, bo kochałem go każdą częścią siebie i wierzyłem, że tak właśnie powinno być. Byłem do tego przyzwyczajany.
Tak, jak objawiały się coraz to nowsze kary, zawsze był bardziej kochany, pomocny i czuły.
Więc dlaczego miałbym czuć się źle, czy narzekać?
Na okrągło miałem sine policzki, lub podbite oczy.
Bardzo często mnie uderzał i teraz w tych wszystkich wspomnieniach widzę, jak nieprzyzwoitą sprawiało mu to przyjemność.
Wówczas w jego ciemnobrązowych oczach odznaczały się iskry, które miały kolor wygasającego paleniska. Niczym czerniejący żar, z czerwonym błyskiem.
Któregoś dnia, gdy znów uderzył mnie za niedokładne umycie jednego z widelców, po moim policzku ściekła jedna, samotna, okropnie słona łza, zatrzymując się na ustach, bym mógł poczuć smak bólu, jaki odczuwa wtedy moja dusza, zaczął krzyczeć.
- Jak można być taką beksą? Najpierw robisz źle, a kiedy zostaniesz ukarany, udajesz tego pokrzywdzonego? - Warknął całą siłą płuc.
Skuliłem się w sobie, przygryzając wargę do krwi, zaciskając z całych sił powieki, by tylko nie spadły z mych oczu kolejne krople.
- Przepraszam – Wyszeptałem, ledwo powstrzymując się przed drżeniem ze strachu.
- Nie przepraszaj. Twoje przeprosiny są gówno warte. Tak jak całe twoje życie i wszystko co robisz. Jesteś tylko głupim, małym chłopcem. Brudną szmatą. Widziałeś kiedyś, jak wyglądasz? - Prychnął, a ja zacisnąłem zęby tak mocno, że szkarłatny płyn pociekł w dół po mojej brodzie, kapiąc na podłogę.
Czułem, jakby ktoś próbował wypalić mi oczy, choć w rzeczywistości były to tylko moje łzy, które chciały się wydostać. Cały Zayn został przez nie rozmazany i na moment poczułem ulgę, nie musząc patrzeć na tego potwora.
- Jesteś obrzydliwy. Brzydzę się cię dotykać i całować, a co dopiero kochać z tobą, ale jestem na tyle dobry, że to powstrzymuję. - W jednym kroku doszedł do mnie, z całej siły zaciskając palce na mojej brodzie, przez co musiałem przestać gryźć wargę. Było to równoznaczne z puszczeniem łez, a te z prędkością światła wyznaczyły swój tor, płynąc i płynąc, jakby chciały po prostu przed nim uciec.
- Mówiłem ci, kurwa, żebyś nie beczał. - Pchnął mnie na ścianę, przez co po moich plecach rozszedł się przeszywający ból. Uścisk w gardle spowodowany strachem uniemożliwił mi zaskomlenie, za co byłem wdzięczny, bo przecież to by go rozwścieczyło.
Teraz wdziałem już świetnie. Każdy kontur, kolor i Zayna, który wyglądał niczym polujące zwierze, które właśnie wybrało ofiarę i swoimi ostrymi zębiskami miał przegryźć jej tętnicę szyjną, by zabić, a później rozszarpać konające ciało, tylko po to, by mieć tę chorą satysfakcję i czuć metaliczny smak krwi.
Ponownie do mnie doszedł i wyciągnął pięść, która momentalnie poleciała w stronę mojej twarzy.
- Kocham cię. - Pisnąłem, odwracając głowę tak, by ponownie nie złamał mi nosa i zamykając oczy, by nie musieć tego widzieć.
Lecz cios nie nadszedł.
Uchyliłem jedno oko, patrząc na Malika, który trzymał swoją dłoń milimetry przed moją twarzą i przysięgam, odetchnąłbym z ulgą, gdybym nie był tak bardzo przerażony.
Zgarnął mnie w swoje ramiona, głaszcząc delikatnie po plecach i włosach, a ja objąłem go w pasie rękoma, twarz chowając w jego piersi i powoli wdychając zapach drogich perfum pomieszanych z dymem papierosowym.
Poczułem ulgę i radość jednocześnie, a wszystkie negatywne emocje uleciały gdzieś daleko, bo przecież to był Zayn, kochał mnie i przytulał, jak mógłbym być zły?
- Tak bardzo, bardzo mocno. - Dopowiedziałem moment później, a on cmoknął mnie w głowę.
- Wiem, kochanie. Tak, jak ja ciebie.
Jak często używałem tych słów, by mnie nie krzywdził?
Na okrągło, choć często nie skutkowało, gdyż był już tak wściekły.
Od tamtego oto dnia prawie każdego następnego wyzywał mnie, krzyczał obelgi. Po prostu znalazł nowy sposób, by mnie skrzywdzić i wbrew pozorom jego słowa raniły mnie bardziej, niż pięści.
No bo jak poczułby się ktokolwiek, gdyby osoba, którą kocha całym sobą, każdą częścią i komórką, mówiła mu, że jest beznadziejny, obrzydliwy, brzydki, gruby?
To było uczucie podobne do wbijania sztyletu; raz za razem, ciągle i znowu, prosto w serce, które nie mogło przestać krwawić.
Zayn nie znał litości.
To były po prostu momenty, gdy twierdził, że już zostałem wystarczająco ukarany.
Mimo wszystko, zawsze uważałem, że zasługuję na wszystko, co dostaję.
!UWAGA!
Opisane poniżej sceny mogą być drastyczne.
Pewnego dnia, dość ciepłego, pamiętam, bo okropnie mocno świeciło słońce, powiedział, że mnie nienawidzi. Był to dwudziesty pierwszy sierpnia.
Wtedy bowiem usiadłem na białych, kuchennych kafelkach, a Malik stał nade mną, z założonymi na pierś rękoma, przyglądając się moim poczynaniom.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń, skierowaną wnętrzem ku górze i szybkim, zdecydowanym ruchem przeciągnąłem po nadgarstku żyletką.
Krew niemal trysnęła, strumieniem spływając na ziemię, brudząc idealną biel.
Zayn uśmiechnął się, po czym ukląkł obok mnie, chwytając moją dłoń i językiem powoli zlizując całą tę krew, która wyciekła z mej rany, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Przyjemny prąd, tak mylnie podobny do podniecenia rozszedł się po moim ciele, gdy Malik złączył nasze usta w pocałunku, a ja zasmakowałem swojej własnej krwi.
- Tak właśnie smakuje życie, Niall. -Szepnął, dłoń na moment kładąc na moim policzku, po czym odszedł, zostawiając mnie samego.
Poczułem się pusty i wypalony, a równocześnie spełniony i szczęśliwy.
Rana piekła, ale ten ból naprawdę mnie zadowalał, więc nie chciałem płakać.
Zayn był sadystą i potrafił wykorzystywać moje uczucia do własnych celów.
Najczęściej uciekał się do strachu i miłości. To odczuwałem najmocniej.
Wtedy więc robiłem to, co on chciał, bym zrobił.
W moje urodziny wpadli do nas koledzy, w tym Louis i Harry.
Nosiłem bransoletki, by nie było widać ran i blizn, które były tak liczne.
Lou tego dnia wciąż mnie przytulał, całował w policzki, trzymał na kolanach i choć Zayn śmiał się z tego, ja wiedziałem, że nie jest zadowolony.
Zostaliśmy sami około dwudziestej drugiej, gdyż wszyscy rozeszli się do swoich domów i wtedy właśnie obudził się demon, którego jeszcze nigdy nie widziałem.
- Co ty sobie myślisz?! Jesteś mój, szmato.
Nie odpowiedziałem, to nie miało sensu, więc jedynie spuściłem głowę, pokazując tym swoją uległość.
- Tym razem przegiąłeś. To cię oduczy.
Powalił mnie na kolana, gdzieś po drodze zrywając koszulkę.
"Zasłużyłem" wypowiadałem cichutko, jak najmocniej zaciskając powieki.
Byłem przerażony do szpiku kości.
Do dziś nie mam pojęcia, skąd wziął bicz. Może wcześniej miał inną ofiarę?
Lecz w takim wypadku zabił ją, czy jakimś sposobem udało jej się uciec?
Pierwsze uderzenie było szokiem.
Moje oczy i usta otworzyły się szeroko na tę nową metodę krzywd.
Ból rozszedł się po całym ciele, paraliżując swoją siłą, a krew trysnęła z poszarpanej rany, brudząc wszystko dookoła.
Zacisnąłem zęby, by nie krzyknąć z bólu. Miałem nadzieję, że uderzy tylko raz.
Lecz uderzył trzy, a kafelki skąpane były w czermieni i poszarpanych kawałkach skóry.
Czułem się, jakby te rany płonęły. Nie potrafiłem skupić się na niczym innym, jak tylko cieknącej krwi, rozciętej skórze i silnym, pulsującym bólu.
Na początku uderzenia bicza porównywalne były do lekkiego, łaskoczącego bólu, dopiero gdy rana rozrywała się na dwie części czułem, że to piekło.
Piekło, na które w pełni zasłużyłem.
Nie zostawił mnie, co było zadziwiające.
W sypialni położył mnie na brzuchu, na poranione plecy kładąc mokre, zimne ręczniki, dożylnie podając mi leki przeciwbólowe.
Zadbał o mnie.
Byłem odurzony, miałem zamknięte oczy, a Zayn usiadł obok mnie, głaszcząc moją dłoń.
Napiąłem się w przerażeniu i powiem szczerze, nawet nie wiem, kiedy zacząłem bać się każdego gestu z jego strony.
- Przepraszam, Nialler. Nie potrafię nad tym panować. - Szepnął cicho i przysięgam, w jego głosie słychać było czystą szczerość, żal i skruchę.
- Tak bardzo cię kocham. - Dopowiedział, całując mój policzek.
To był jedyny raz, kiedy usłyszałem, jak mnie przeprasza i zastanawia mnie, czy robił to jeszcze kiedyś, tylko ja spałem?
Mimo to, te kilka słów wystarczyło, bym mu wybaczył.
Odwracam się, podciągając bluzkę ku górze, by odsłonić trzy długie, grube blizny, które mieszcząc się na plecach.
Ukazuję coś, co zawsze skrywałem, ale są o wiele gorsze ślady kar, jakich doświadczyłem w swoim życiu.
- Jak mogłeś mu wybaczyć? - Pyta komisarz Payne, marszcząc brwi.
Odwracam się, by stanąć do niego przodem i uśmiecham smutno.
- Kochałem go. Nadal kocham. - Mówię pewnie, choć cicho. - Choć czuję się wolny, niczego w życiu nie żałuję bardziej, niż tego, że go zabiłem. Był wszystkim, co miałem.
- Lecz na okrągło cię krzywdził. - Wybucha mężczyzna, wyrzucając ręce w powietrze.
- Zasługiwałem na to. - jestem spokojny, opanowany i cichy, a mój głos nie zdradzał żadnych emocji. Jak przez cały czas.
- Nie wierzę. Nie zrobiłeś mu nic złego. - Usilnie przekonuje, czerwieniejąc ze złości, a ja kulę się ze strachu.
I nim Payne zdąża się uspokoić,
mnie dopada ciemność, pochłaniając w całości, a ja nie czuję zupełnie nic.
Zayn na początku zrobił się odrobinę bardziej oschły i nerwowy, jednak nadal często mnie przytulał, całował i po prostu kochał, więc nie czułem się źle. Nie mogłem.
Sumiennie przestrzegałem zasad i wypełniałem swoje obowiązki, jak najlepiej odnosząc się do zakazów.
Obiecywałem być grzecznym, co w pełni poskutkowało dopiero po tygodniu, ponieważ przez cały ten czas nie odezwał się do mnie ani słowem.
Mimo to, starałem się całym sercem, bo kochałem go każdą częścią siebie i wierzyłem, że tak właśnie powinno być. Byłem do tego przyzwyczajany.
Tak, jak objawiały się coraz to nowsze kary, zawsze był bardziej kochany, pomocny i czuły.
Więc dlaczego miałbym czuć się źle, czy narzekać?
Na okrągło miałem sine policzki, lub podbite oczy.
Bardzo często mnie uderzał i teraz w tych wszystkich wspomnieniach widzę, jak nieprzyzwoitą sprawiało mu to przyjemność.
Wówczas w jego ciemnobrązowych oczach odznaczały się iskry, które miały kolor wygasającego paleniska. Niczym czerniejący żar, z czerwonym błyskiem.
Któregoś dnia, gdy znów uderzył mnie za niedokładne umycie jednego z widelców, po moim policzku ściekła jedna, samotna, okropnie słona łza, zatrzymując się na ustach, bym mógł poczuć smak bólu, jaki odczuwa wtedy moja dusza, zaczął krzyczeć.
- Jak można być taką beksą? Najpierw robisz źle, a kiedy zostaniesz ukarany, udajesz tego pokrzywdzonego? - Warknął całą siłą płuc.
Skuliłem się w sobie, przygryzając wargę do krwi, zaciskając z całych sił powieki, by tylko nie spadły z mych oczu kolejne krople.
- Przepraszam – Wyszeptałem, ledwo powstrzymując się przed drżeniem ze strachu.
- Nie przepraszaj. Twoje przeprosiny są gówno warte. Tak jak całe twoje życie i wszystko co robisz. Jesteś tylko głupim, małym chłopcem. Brudną szmatą. Widziałeś kiedyś, jak wyglądasz? - Prychnął, a ja zacisnąłem zęby tak mocno, że szkarłatny płyn pociekł w dół po mojej brodzie, kapiąc na podłogę.
Czułem, jakby ktoś próbował wypalić mi oczy, choć w rzeczywistości były to tylko moje łzy, które chciały się wydostać. Cały Zayn został przez nie rozmazany i na moment poczułem ulgę, nie musząc patrzeć na tego potwora.
- Jesteś obrzydliwy. Brzydzę się cię dotykać i całować, a co dopiero kochać z tobą, ale jestem na tyle dobry, że to powstrzymuję. - W jednym kroku doszedł do mnie, z całej siły zaciskając palce na mojej brodzie, przez co musiałem przestać gryźć wargę. Było to równoznaczne z puszczeniem łez, a te z prędkością światła wyznaczyły swój tor, płynąc i płynąc, jakby chciały po prostu przed nim uciec.
- Mówiłem ci, kurwa, żebyś nie beczał. - Pchnął mnie na ścianę, przez co po moich plecach rozszedł się przeszywający ból. Uścisk w gardle spowodowany strachem uniemożliwił mi zaskomlenie, za co byłem wdzięczny, bo przecież to by go rozwścieczyło.
Teraz wdziałem już świetnie. Każdy kontur, kolor i Zayna, który wyglądał niczym polujące zwierze, które właśnie wybrało ofiarę i swoimi ostrymi zębiskami miał przegryźć jej tętnicę szyjną, by zabić, a później rozszarpać konające ciało, tylko po to, by mieć tę chorą satysfakcję i czuć metaliczny smak krwi.
Ponownie do mnie doszedł i wyciągnął pięść, która momentalnie poleciała w stronę mojej twarzy.
- Kocham cię. - Pisnąłem, odwracając głowę tak, by ponownie nie złamał mi nosa i zamykając oczy, by nie musieć tego widzieć.
Lecz cios nie nadszedł.
Uchyliłem jedno oko, patrząc na Malika, który trzymał swoją dłoń milimetry przed moją twarzą i przysięgam, odetchnąłbym z ulgą, gdybym nie był tak bardzo przerażony.
Zgarnął mnie w swoje ramiona, głaszcząc delikatnie po plecach i włosach, a ja objąłem go w pasie rękoma, twarz chowając w jego piersi i powoli wdychając zapach drogich perfum pomieszanych z dymem papierosowym.
Poczułem ulgę i radość jednocześnie, a wszystkie negatywne emocje uleciały gdzieś daleko, bo przecież to był Zayn, kochał mnie i przytulał, jak mógłbym być zły?
- Tak bardzo, bardzo mocno. - Dopowiedziałem moment później, a on cmoknął mnie w głowę.
- Wiem, kochanie. Tak, jak ja ciebie.
Jak często używałem tych słów, by mnie nie krzywdził?
Na okrągło, choć często nie skutkowało, gdyż był już tak wściekły.
Od tamtego oto dnia prawie każdego następnego wyzywał mnie, krzyczał obelgi. Po prostu znalazł nowy sposób, by mnie skrzywdzić i wbrew pozorom jego słowa raniły mnie bardziej, niż pięści.
No bo jak poczułby się ktokolwiek, gdyby osoba, którą kocha całym sobą, każdą częścią i komórką, mówiła mu, że jest beznadziejny, obrzydliwy, brzydki, gruby?
To było uczucie podobne do wbijania sztyletu; raz za razem, ciągle i znowu, prosto w serce, które nie mogło przestać krwawić.
Zayn nie znał litości.
To były po prostu momenty, gdy twierdził, że już zostałem wystarczająco ukarany.
Mimo wszystko, zawsze uważałem, że zasługuję na wszystko, co dostaję.
!UWAGA!
Opisane poniżej sceny mogą być drastyczne.
Pewnego dnia, dość ciepłego, pamiętam, bo okropnie mocno świeciło słońce, powiedział, że mnie nienawidzi. Był to dwudziesty pierwszy sierpnia.
Wtedy bowiem usiadłem na białych, kuchennych kafelkach, a Malik stał nade mną, z założonymi na pierś rękoma, przyglądając się moim poczynaniom.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń, skierowaną wnętrzem ku górze i szybkim, zdecydowanym ruchem przeciągnąłem po nadgarstku żyletką.
Krew niemal trysnęła, strumieniem spływając na ziemię, brudząc idealną biel.
Zayn uśmiechnął się, po czym ukląkł obok mnie, chwytając moją dłoń i językiem powoli zlizując całą tę krew, która wyciekła z mej rany, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Przyjemny prąd, tak mylnie podobny do podniecenia rozszedł się po moim ciele, gdy Malik złączył nasze usta w pocałunku, a ja zasmakowałem swojej własnej krwi.
- Tak właśnie smakuje życie, Niall. -Szepnął, dłoń na moment kładąc na moim policzku, po czym odszedł, zostawiając mnie samego.
Poczułem się pusty i wypalony, a równocześnie spełniony i szczęśliwy.
Rana piekła, ale ten ból naprawdę mnie zadowalał, więc nie chciałem płakać.
Zayn był sadystą i potrafił wykorzystywać moje uczucia do własnych celów.
Najczęściej uciekał się do strachu i miłości. To odczuwałem najmocniej.
Wtedy więc robiłem to, co on chciał, bym zrobił.
W moje urodziny wpadli do nas koledzy, w tym Louis i Harry.
Nosiłem bransoletki, by nie było widać ran i blizn, które były tak liczne.
Lou tego dnia wciąż mnie przytulał, całował w policzki, trzymał na kolanach i choć Zayn śmiał się z tego, ja wiedziałem, że nie jest zadowolony.
Zostaliśmy sami około dwudziestej drugiej, gdyż wszyscy rozeszli się do swoich domów i wtedy właśnie obudził się demon, którego jeszcze nigdy nie widziałem.
- Co ty sobie myślisz?! Jesteś mój, szmato.
Nie odpowiedziałem, to nie miało sensu, więc jedynie spuściłem głowę, pokazując tym swoją uległość.
- Tym razem przegiąłeś. To cię oduczy.
Powalił mnie na kolana, gdzieś po drodze zrywając koszulkę.
"Zasłużyłem" wypowiadałem cichutko, jak najmocniej zaciskając powieki.
Byłem przerażony do szpiku kości.
Do dziś nie mam pojęcia, skąd wziął bicz. Może wcześniej miał inną ofiarę?
Lecz w takim wypadku zabił ją, czy jakimś sposobem udało jej się uciec?
Pierwsze uderzenie było szokiem.
Moje oczy i usta otworzyły się szeroko na tę nową metodę krzywd.
Ból rozszedł się po całym ciele, paraliżując swoją siłą, a krew trysnęła z poszarpanej rany, brudząc wszystko dookoła.
Zacisnąłem zęby, by nie krzyknąć z bólu. Miałem nadzieję, że uderzy tylko raz.
Lecz uderzył trzy, a kafelki skąpane były w czermieni i poszarpanych kawałkach skóry.
Czułem się, jakby te rany płonęły. Nie potrafiłem skupić się na niczym innym, jak tylko cieknącej krwi, rozciętej skórze i silnym, pulsującym bólu.
Na początku uderzenia bicza porównywalne były do lekkiego, łaskoczącego bólu, dopiero gdy rana rozrywała się na dwie części czułem, że to piekło.
Piekło, na które w pełni zasłużyłem.
Nie zostawił mnie, co było zadziwiające.
W sypialni położył mnie na brzuchu, na poranione plecy kładąc mokre, zimne ręczniki, dożylnie podając mi leki przeciwbólowe.
Zadbał o mnie.
Byłem odurzony, miałem zamknięte oczy, a Zayn usiadł obok mnie, głaszcząc moją dłoń.
Napiąłem się w przerażeniu i powiem szczerze, nawet nie wiem, kiedy zacząłem bać się każdego gestu z jego strony.
- Przepraszam, Nialler. Nie potrafię nad tym panować. - Szepnął cicho i przysięgam, w jego głosie słychać było czystą szczerość, żal i skruchę.
- Tak bardzo cię kocham. - Dopowiedział, całując mój policzek.
To był jedyny raz, kiedy usłyszałem, jak mnie przeprasza i zastanawia mnie, czy robił to jeszcze kiedyś, tylko ja spałem?
Mimo to, te kilka słów wystarczyło, bym mu wybaczył.
Odwracam się, podciągając bluzkę ku górze, by odsłonić trzy długie, grube blizny, które mieszcząc się na plecach.
Ukazuję coś, co zawsze skrywałem, ale są o wiele gorsze ślady kar, jakich doświadczyłem w swoim życiu.
- Jak mogłeś mu wybaczyć? - Pyta komisarz Payne, marszcząc brwi.
Odwracam się, by stanąć do niego przodem i uśmiecham smutno.
- Kochałem go. Nadal kocham. - Mówię pewnie, choć cicho. - Choć czuję się wolny, niczego w życiu nie żałuję bardziej, niż tego, że go zabiłem. Był wszystkim, co miałem.
- Lecz na okrągło cię krzywdził. - Wybucha mężczyzna, wyrzucając ręce w powietrze.
- Zasługiwałem na to. - jestem spokojny, opanowany i cichy, a mój głos nie zdradzał żadnych emocji. Jak przez cały czas.
- Nie wierzę. Nie zrobiłeś mu nic złego. - Usilnie przekonuje, czerwieniejąc ze złości, a ja kulę się ze strachu.
I nim Payne zdąża się uspokoić,
mnie dopada ciemność, pochłaniając w całości, a ja nie czuję zupełnie nic.
niedziela, 2 lutego 2014
The First And Second Blow
KURSYWA TO WSPOMNIENIA, NORMALNE TO CZAS TERAŹNIEJSZY
Pamiętam dzień w którym się poznaliśmy jak przez mgłę.
Było zimno, wręcz lodowato. Mróz szczypał w moje policzki, zostawiając na nich czerwone ślady.
Szczerze, z całego serca nienawidziłem zimy, a ten dzień był wyjątkowo okropny. Miałem zaledwie dziewiętnaście lat i szedłem do pracy w klubie Night Caffe, gdzie byłem kelnerem, a od czasu do czasu robiłem za artystę, śpiewając i grając na gitarze.
Nie mogę nazwać tego inaczej, nie potrafię. To musiało być przeznaczeniem, wyglądając jak scena z tandetnego filmu.
Chodnik był okropnie oblodzony, więc ja, niezdara życia, poślizgnąłem się kawałek przed drzwiami, które w tym samym momencie otworzyły się, a ja momentalnie wpadłem w ramiona nieznajomego.
Zayna.
On się zaśmiał, za to ja spłonąłem rumieńcem, którego zapewne nie było widać, bo przecież moje policzki i tak były już okropnie purpurowe.
Przeprosiłem, a wtedy Zayn spytał, czy mam ochotę iść z nim na kawę.
Miałem, ale nie mogłem.
Przez następne dwa tygodnie pojawiał się w Night Caffe każdego dnia, na moją zmianę. Obserwował, uśmiechał się, czasem zagadywał, lecz tylko wtedy, gdy musiałem go obsłużyć.
I w końcu, któregoś dnia czekał, aż skończę pracę Było około trzeciej w nocy, więc uparł się, by mnie odprowadzić. Czułem się dziwnie, ale nie protestowałem… Sam nie wiem czemu. Nie znałem go, lecz… Czułem się bezpiecznie.
Przez całą tę drogę rozmawialiśmy, opowiadając o sobie.
Był świetny; zabawny, czasem kąśliwy, potrafił dopasować się do sytuacji i był również czuły.
Przed drzwiami mojego mieszkania mnie pocałował.
I po tym nie widzieliśmy się przez kolejny miesiąc.
Pamiętam, że ja i Louis udaliśmy się do restauracji niedaleko uczelni, gdzie ja studiowałem astronomię, a Lou psychologię.
Jedliśmy w spokoju, gdy mój przyjaciel nagle oznajmił, że ma spotkać się tutaj z Harry’m, z którym od pewnego czasu się umawiał, a ów Harry miał przyjść z przyjacielem.
Nie byłem towarzyski.
Byłem tym rodzajem chłopca, który czerwieni się od byle komplementu czy niezręczności, więc gdy usłyszałem głos Hazzy, po prostu spuściłem głowę i zacząłem grzebać w talerzu.
- Hej. - Dopiero ten głos wyrwał mnie z mojego świata, w którym byłem wśród gwiazd. Spojrzałem w górę, dostrzegając Zayna. Wyglądał idealnie; kilkudniowy zarost, uśmiech, błąkający się gdzieś w kącikach warg, ciemne oczy, otoczone wachlarzem długich, czarnych rzęs i perfekcyjnie ułożone, czarne włosy, tym razem z blond pasemkiem na przodzie.
- To pasemko ma dla ciebie. - Szepnął mi Louis na ucho, a ja od razu pokryłem się purpurom.
Chłopcy usiedli naprzeciw nas, zaczynając z Lou przyjazną rozmowę,a ja odpłynąłem.
Myślałem o Zaynie; o naszym pierwszym spotkaniu, jego wizytach w Night Caffe i w końcu o pocałunku, który był zaledwie muśnięciem warg, więc nie mogłem nawet tego wspominać, gdyż było to porównywalne do dotyku skrzydeł motyla.
- Nialler, żyj. - Szturchnął mnie przyjaciel, a ja spojrzałem na wszystkich dookoła, czując się nagle cholernie przytłoczony.
Wolałbym być sam, w pustym pomieszczeniu i po prostu móc odpłynąć.
- Przecież żyję.- Odburknąłem bez przekonania, rozgrzebując widelcem kawałek mięsa na talerzu.
- Ale chyba nie w tym świecie. - Zaśmiał się Zayn.
Obrzuciłem go krótkim spojrzeniem, delikatnie się uśmiechając.
Wydawało się, jakby ten chłopak znał mnie lepiej, niż ja sam, co było przerażające i wspaniałe jednocześnie.
Później już się nie odezwałem, a i nikt nie próbował mnie zagadać. To było dobre.
Od tego czasu widywałem Zayna częściej, lecz i tak prawie nie rozmawialiśmy.
Ja do wszystkiego potrzebowałem czasu, a Malik… Malik był cudowny, bo mi go dawał. Starał się o mnie, małymi kroczkami i gestami, będąc czułym, wyrozumiałym i zawsze skorym do pomocy.
Aż w końcu się zakochałem i dałem nam szansę.
Tego dnia właśnie się przeprowadziłem do jego domu. Wszystkie moje rzeczy były już rozpakowane, a my obaj siedzieliśmy na kanapie, oglądając mecz.
Byłem wtulony w jego bok; czułem się pewnie, bezpiecznie i ciepło, a w dodatku w końcu kochany.
Czego mógłbym chcieć więcej?
Wtedy wszystko się zaczęło. Powoli, spokojnie, tak, jak mnie zdobywał. Po prostu przyzwyczajał mnie do niektórych nakazów i zakazów, a ja byłem zbyt głupi, by cokolwiek podejrzewać.
Pierwszym moim obowiązkiem było wstawać o szóstej, zmywać naczynia z poprzedniego dnia, robić śniadanie i parzyć kawę tak, by Zayn już o siódmej mógł siadać do stołu, a o siódmej trzydzieści wychodzić. Oczywiście, musiałem też po tym sprzątać.
Myślałem, że tak powinno być, że Zayna to ucieszy i będzie wdzięczny. Lecz on powoli owijał mnie wokół palca, zacieśniając, bym nie mógł uciec.
Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek naprawdę mnie kochał.
Zawsze w soboty sprzątaliśmy. Moim zadaniem było doprowadzić do porządku kuchnię, salon, łazienkę i nasz pokój, a Malik zajmował się resztą.
To przecież dobrze, że dzieliliśmy się obowiązkami, prawda?
Zawsze po takim sprzątaniu, siadaliśmy na tej beżowej kanapie; ja grałem na gitarze, on śpiewał.
Później przytulaliśmy się, całowaliśmy i po prostu zasypialiśmy w swoich ramionach.
Byłem przyzwyczajony do tej stabilizacji.
On wciąż wprowadzał małe zmiany, niedostrzegalne dla mnie, a ja po prostu się przyzwyczajałem, bo tak musiało być.
Gdy nie wywiązywałem się z obowiązków, byłem karany. Nie odzywał się do mnie, ignorował mnie, czasem popchnął, w późniejszym czasie krzyczał.
Takim sposobem minęły trzy miesiące i nadszedł dzień urodzin Josha, mojego starego kumpla.
Wtedy to złamałem około pięciu zakazów Zayna, którego nie było ze mną na tej imprezie.
Piłem alkohol, wróciłem po północy, nie odbierałem telefonów, nie zapytałem o zgodę, rozmawiałem z innymi mężczyznami.
Po powrocie do domu był wściekły. Pierwszy raz go takiego widziałem. Niestety, nie ostatni.
- Śmierdzisz wódą! - Krzyknął, a ja skuliłem się na mocny dźwięk jego głosu, który echem rozszedł się po domu.
- Josh miał urodziny, to było symboliczne. - Pisnąłem przerażony, odsuwając się kawałek. Pierwszy raz dostrzegłem w nim potwora, którego tak świetnie skrywał.
- Nie kłam. Co jeszcze robiłeś? Oprócz tego, że jest pierwsza w nocy i nie odebrałeś żadnego z moich telefonów. - Warknął, a jego oczy pociemniały.
Nigdy wcześniej nie byłem tak przerażony. Później, to inna sprawa
- Przestań, Zayn. Nie zrobiłem nic złego. - Wyszeptałem niepewnie.
I wtedy to się stało.
Jego pięść z szybkością światła poleciała w stronę mojej twarzy, na końcu spotykając się z moim nosem.
Pierwszym uczuciem był szok, gdy siła uderzenia sprawiła, że cofnąłem się o kilka kroków, a chwilę później przeszywający ból rozszedł się po moim ciele, podczas gdy do moich uszu dobiegł dźwięk łamanej kości.
Krew poleciała jeszcze szybciej, niż cios Zayna, kapiąc na moją brodę, ubrania i podłogę.
Nie panowałem nad łzami, trzęsącym się ciałem, poczuciem strachu, płynącą krwią i nad Malikiem, któremu ten jeden, pierwszy cios nie wystarczył. Musiał nadejść drugi.
Prosto w przeponę, zapierając mi dech w piersi i skutecznie powalając na ziemię.
Wciąż krwawiłem, teraz robiąc wokół mojej twarzy małą kałużę i próbując złapać oddech.
Zwymiotowałem, wszystkim co zjadłem i wypiłem, przez siłę z jaką zostałem uderzony.
Jak się wtedy czułem? Jak śmieć, bezużyteczna szmata, którą w zasadzie jestem.
On odszedł, a ja leżałem we własnych wymiocinach i krwi, czując się żałośnie, ledwo oddychając, nie mając siły, by żyć.
Lecz mimo wszystko czułem, że dostałem to, na co zasłużyłem.
Zaciskam powieki, spod których nieprzerwanie ciekły łzy.
Komisarz Payne podchodzi i daje mi chusteczkę, którą ja z wdzięcznością przyjmuję i ocieram mokrą twarz.
- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. - Szepcze policjant, a ja kręcę przecząco głową.
- Chcę. - Mój głos jest słaby i drżący, więc odchrząkuję, jakby to miało pomóc. - Chcę w końcu powiedzieć, jak było. Bo nikt nie wiedział. A ja mimo tego wszystkiego wciąż go kochałem i… Wybaczałem mu to wszystko. Nienawidzę tylko siebie, nie jego. On mnie nie zabił, ja go tak.
- Lecz on cię krzywdził. - Payne marszczy brwi, a ja przełknąłem gulę w gardle, ponownie ocierając łzy.
- To było niczym. Później było gorzej. Robił gorsze rzeczy. - Szepczę w przestrzeń, zamykając oczy.
Wspomnienia palą mój umysł niczym żywy ogień, a ja mam ochotę się zabić, lecz wiem, że nawet na to nie zasługuję. Śmierć byłaby zbyt dobra.
Ja muszę cierpieć.
___________________________________________________
Chociaż jeden komentarz? To nie boli !
Pamiętam dzień w którym się poznaliśmy jak przez mgłę.
Było zimno, wręcz lodowato. Mróz szczypał w moje policzki, zostawiając na nich czerwone ślady.
Szczerze, z całego serca nienawidziłem zimy, a ten dzień był wyjątkowo okropny. Miałem zaledwie dziewiętnaście lat i szedłem do pracy w klubie Night Caffe, gdzie byłem kelnerem, a od czasu do czasu robiłem za artystę, śpiewając i grając na gitarze.
Nie mogę nazwać tego inaczej, nie potrafię. To musiało być przeznaczeniem, wyglądając jak scena z tandetnego filmu.
Chodnik był okropnie oblodzony, więc ja, niezdara życia, poślizgnąłem się kawałek przed drzwiami, które w tym samym momencie otworzyły się, a ja momentalnie wpadłem w ramiona nieznajomego.
Zayna.
On się zaśmiał, za to ja spłonąłem rumieńcem, którego zapewne nie było widać, bo przecież moje policzki i tak były już okropnie purpurowe.
Przeprosiłem, a wtedy Zayn spytał, czy mam ochotę iść z nim na kawę.
Miałem, ale nie mogłem.
Przez następne dwa tygodnie pojawiał się w Night Caffe każdego dnia, na moją zmianę. Obserwował, uśmiechał się, czasem zagadywał, lecz tylko wtedy, gdy musiałem go obsłużyć.
I w końcu, któregoś dnia czekał, aż skończę pracę Było około trzeciej w nocy, więc uparł się, by mnie odprowadzić. Czułem się dziwnie, ale nie protestowałem… Sam nie wiem czemu. Nie znałem go, lecz… Czułem się bezpiecznie.
Przez całą tę drogę rozmawialiśmy, opowiadając o sobie.
Był świetny; zabawny, czasem kąśliwy, potrafił dopasować się do sytuacji i był również czuły.
Przed drzwiami mojego mieszkania mnie pocałował.
I po tym nie widzieliśmy się przez kolejny miesiąc.
Pamiętam, że ja i Louis udaliśmy się do restauracji niedaleko uczelni, gdzie ja studiowałem astronomię, a Lou psychologię.
Jedliśmy w spokoju, gdy mój przyjaciel nagle oznajmił, że ma spotkać się tutaj z Harry’m, z którym od pewnego czasu się umawiał, a ów Harry miał przyjść z przyjacielem.
Nie byłem towarzyski.
Byłem tym rodzajem chłopca, który czerwieni się od byle komplementu czy niezręczności, więc gdy usłyszałem głos Hazzy, po prostu spuściłem głowę i zacząłem grzebać w talerzu.
- Hej. - Dopiero ten głos wyrwał mnie z mojego świata, w którym byłem wśród gwiazd. Spojrzałem w górę, dostrzegając Zayna. Wyglądał idealnie; kilkudniowy zarost, uśmiech, błąkający się gdzieś w kącikach warg, ciemne oczy, otoczone wachlarzem długich, czarnych rzęs i perfekcyjnie ułożone, czarne włosy, tym razem z blond pasemkiem na przodzie.
- To pasemko ma dla ciebie. - Szepnął mi Louis na ucho, a ja od razu pokryłem się purpurom.
Chłopcy usiedli naprzeciw nas, zaczynając z Lou przyjazną rozmowę,a ja odpłynąłem.
Myślałem o Zaynie; o naszym pierwszym spotkaniu, jego wizytach w Night Caffe i w końcu o pocałunku, który był zaledwie muśnięciem warg, więc nie mogłem nawet tego wspominać, gdyż było to porównywalne do dotyku skrzydeł motyla.
- Nialler, żyj. - Szturchnął mnie przyjaciel, a ja spojrzałem na wszystkich dookoła, czując się nagle cholernie przytłoczony.
Wolałbym być sam, w pustym pomieszczeniu i po prostu móc odpłynąć.
- Przecież żyję.- Odburknąłem bez przekonania, rozgrzebując widelcem kawałek mięsa na talerzu.
- Ale chyba nie w tym świecie. - Zaśmiał się Zayn.
Obrzuciłem go krótkim spojrzeniem, delikatnie się uśmiechając.
Wydawało się, jakby ten chłopak znał mnie lepiej, niż ja sam, co było przerażające i wspaniałe jednocześnie.
Później już się nie odezwałem, a i nikt nie próbował mnie zagadać. To było dobre.
Od tego czasu widywałem Zayna częściej, lecz i tak prawie nie rozmawialiśmy.
Ja do wszystkiego potrzebowałem czasu, a Malik… Malik był cudowny, bo mi go dawał. Starał się o mnie, małymi kroczkami i gestami, będąc czułym, wyrozumiałym i zawsze skorym do pomocy.
Aż w końcu się zakochałem i dałem nam szansę.
Tego dnia właśnie się przeprowadziłem do jego domu. Wszystkie moje rzeczy były już rozpakowane, a my obaj siedzieliśmy na kanapie, oglądając mecz.
Byłem wtulony w jego bok; czułem się pewnie, bezpiecznie i ciepło, a w dodatku w końcu kochany.
Czego mógłbym chcieć więcej?
Wtedy wszystko się zaczęło. Powoli, spokojnie, tak, jak mnie zdobywał. Po prostu przyzwyczajał mnie do niektórych nakazów i zakazów, a ja byłem zbyt głupi, by cokolwiek podejrzewać.
Pierwszym moim obowiązkiem było wstawać o szóstej, zmywać naczynia z poprzedniego dnia, robić śniadanie i parzyć kawę tak, by Zayn już o siódmej mógł siadać do stołu, a o siódmej trzydzieści wychodzić. Oczywiście, musiałem też po tym sprzątać.
Myślałem, że tak powinno być, że Zayna to ucieszy i będzie wdzięczny. Lecz on powoli owijał mnie wokół palca, zacieśniając, bym nie mógł uciec.
Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek naprawdę mnie kochał.
Zawsze w soboty sprzątaliśmy. Moim zadaniem było doprowadzić do porządku kuchnię, salon, łazienkę i nasz pokój, a Malik zajmował się resztą.
To przecież dobrze, że dzieliliśmy się obowiązkami, prawda?
Zawsze po takim sprzątaniu, siadaliśmy na tej beżowej kanapie; ja grałem na gitarze, on śpiewał.
Później przytulaliśmy się, całowaliśmy i po prostu zasypialiśmy w swoich ramionach.
Byłem przyzwyczajony do tej stabilizacji.
On wciąż wprowadzał małe zmiany, niedostrzegalne dla mnie, a ja po prostu się przyzwyczajałem, bo tak musiało być.
Gdy nie wywiązywałem się z obowiązków, byłem karany. Nie odzywał się do mnie, ignorował mnie, czasem popchnął, w późniejszym czasie krzyczał.
Takim sposobem minęły trzy miesiące i nadszedł dzień urodzin Josha, mojego starego kumpla.
Wtedy to złamałem około pięciu zakazów Zayna, którego nie było ze mną na tej imprezie.
Piłem alkohol, wróciłem po północy, nie odbierałem telefonów, nie zapytałem o zgodę, rozmawiałem z innymi mężczyznami.
Po powrocie do domu był wściekły. Pierwszy raz go takiego widziałem. Niestety, nie ostatni.
- Śmierdzisz wódą! - Krzyknął, a ja skuliłem się na mocny dźwięk jego głosu, który echem rozszedł się po domu.
- Josh miał urodziny, to było symboliczne. - Pisnąłem przerażony, odsuwając się kawałek. Pierwszy raz dostrzegłem w nim potwora, którego tak świetnie skrywał.
- Nie kłam. Co jeszcze robiłeś? Oprócz tego, że jest pierwsza w nocy i nie odebrałeś żadnego z moich telefonów. - Warknął, a jego oczy pociemniały.
Nigdy wcześniej nie byłem tak przerażony. Później, to inna sprawa
- Przestań, Zayn. Nie zrobiłem nic złego. - Wyszeptałem niepewnie.
I wtedy to się stało.
Jego pięść z szybkością światła poleciała w stronę mojej twarzy, na końcu spotykając się z moim nosem.
Pierwszym uczuciem był szok, gdy siła uderzenia sprawiła, że cofnąłem się o kilka kroków, a chwilę później przeszywający ból rozszedł się po moim ciele, podczas gdy do moich uszu dobiegł dźwięk łamanej kości.
Krew poleciała jeszcze szybciej, niż cios Zayna, kapiąc na moją brodę, ubrania i podłogę.
Nie panowałem nad łzami, trzęsącym się ciałem, poczuciem strachu, płynącą krwią i nad Malikiem, któremu ten jeden, pierwszy cios nie wystarczył. Musiał nadejść drugi.
Prosto w przeponę, zapierając mi dech w piersi i skutecznie powalając na ziemię.
Wciąż krwawiłem, teraz robiąc wokół mojej twarzy małą kałużę i próbując złapać oddech.
Zwymiotowałem, wszystkim co zjadłem i wypiłem, przez siłę z jaką zostałem uderzony.
Jak się wtedy czułem? Jak śmieć, bezużyteczna szmata, którą w zasadzie jestem.
On odszedł, a ja leżałem we własnych wymiocinach i krwi, czując się żałośnie, ledwo oddychając, nie mając siły, by żyć.
Lecz mimo wszystko czułem, że dostałem to, na co zasłużyłem.
Zaciskam powieki, spod których nieprzerwanie ciekły łzy.
Komisarz Payne podchodzi i daje mi chusteczkę, którą ja z wdzięcznością przyjmuję i ocieram mokrą twarz.
- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. - Szepcze policjant, a ja kręcę przecząco głową.
- Chcę. - Mój głos jest słaby i drżący, więc odchrząkuję, jakby to miało pomóc. - Chcę w końcu powiedzieć, jak było. Bo nikt nie wiedział. A ja mimo tego wszystkiego wciąż go kochałem i… Wybaczałem mu to wszystko. Nienawidzę tylko siebie, nie jego. On mnie nie zabił, ja go tak.
- Lecz on cię krzywdził. - Payne marszczy brwi, a ja przełknąłem gulę w gardle, ponownie ocierając łzy.
- To było niczym. Później było gorzej. Robił gorsze rzeczy. - Szepczę w przestrzeń, zamykając oczy.
Wspomnienia palą mój umysł niczym żywy ogień, a ja mam ochotę się zabić, lecz wiem, że nawet na to nie zasługuję. Śmierć byłaby zbyt dobra.
Ja muszę cierpieć.
___________________________________________________
Chociaż jeden komentarz? To nie boli !
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Wstęp - I Need Absolution
Zatrzymuję się przed ciemnym, wysokim murem, znajdując się między dwoma szarymi kamienicami.
Zerkam za siebie, w oddali dostrzegając zabłoconą ulicę, gdzie co chwilę przejeżdżają pojedyncze samochody.
Teraz ten świat wydaje się taki odległy.
- Naprawdę mnie nie zauważyłeś, czy tylko udajesz? - Podskakuję, przestraszony nagłym dźwiękiem i dopiero wtedy go dostrzegam.
Stoi oparty jednym ramieniem o mur, ubrany w czarną, podniszczoną skórzaną kurtkę, z której na ziemię leniwie skapują krople wody.
Bawi się srebrną zapalniczką, bacznie mnie obserwując, podczas gdy ja wzrokiem zjeżdżam na jego dziurawe jeansy i przetarte, ubłocone buty na motocykl.
Przełykam ślinę, sparaliżowany przerażeniem, nie mogąc się odezwać.
Moje myśli zaczynają się rozbiegać, rozsypując się na wszystkie strony, więc wypowiadam pierwszą, najprostszą rzecz, której jestem pewien.
- Nazywam się Niall Horan, mam dwadzieścia jeden lat, pochodzę z Irlandii. Zabiłem go. - Szepczę, a komisarz Liam patrzy na mnie, marszcząc brwi.
- To już wiem. - Wzdycha, szybkim ruchem wsadzając zapalniczkę do tylnej kieszeni spodni.
Mam ochotę się rozpłakać i po prostu umrzeć, bo jestem najgorszą kreaturą, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi. Lecz Zayn nienawidził, gdy robiłem z siebie ofiarę, więc staram się uspokoić.
- Chcę… Pójść do kościoła i się wyspowiadać. - Szepczę, a zanim mężczyzna zdąża się odezwać, kontynuuję. - Możesz słuchać mojej spowiedzi.
- Chodźmy. - Odpowiada niby pewnie, choć ja i tak wiem, że ma wątpliwości. Kto by nie miał? W końcu jestem mordercą.
Mimo to, Payne pozwala mi iść swobodnie, jedynie cicho za mną kroczy, a to ja go prowadzę.
Ludzie przechodzą obok, dziwnie nam się przyglądając, a ja czuję się źle, bo przecież stwarzam zagrożenie
Jestem ubrany jedynie w szarą koszulkę, więc zamarzam na kość, bo jest środek jesieni i mży, więc po chwili zaczynam głośno szczękać zębami.
- Stój. - Nakazuje Liam, a ja zamykam oczy w przerażeniu, oczekując ciosu, który nie nadchodzi
Czuję jedynie, jak ciepła kurtka ląduje na moich ramionach, a ja doznaję miliona przyjemnych dreszczy, gdy moja skóra spotyka się z przyjemnym materiałem.
Odwracam się, patrząc policjantowi w oczy i już nie potrafię powstrzymać łez, które od tak dawna zbierałem. Nikt od wieków nie był dla mnie miły.
Payne uśmiecha się z zakłopotaniem, a ja ocieram mokre policzki i po woli ruszam dalej.
- Jesteś wolny, Niall. - Mamroczę pod nosem tak, aby ktoś przez przypadek nie podsłuchał. - Już nikt cię nie skrzywdzi.
Zerkam na swoje nadgarstki, w niektórych miejscach brudne od zaschniętej krwi i pełne blizn, kończących się dopiero przy łokciu.
Nienawidzę siebie, swojego ciała, osobowości, ale w końcu nikt nie będzie mnie bił, upokarzał i mówił, jak bardzo beznadziejny jestem.
I choć tęsknota rozdziera mi serce, to jestem choć trochę szczęśliwy, czego nie zaznawałem w ciągu ostatnich miesięcy.
Ból jest nie do zniesienia, poczucie winy zżera moje wnętrzności, lecz czuję też ulgę. Po części nie żałuję, że go zabiłem.
Moje myśli zaczynają się rozsypywać, jak biały śnieg zimą.
Przystaję i oddycham ciężko, bo nie potrafię się skupić. Widzę jedynie ciemność, czuję paraliżujący strach i ból, a moje ciało zaczyna się trząść.
Wiem, że ktoś chce mi pomóc, wydostać resztki mnie z próżni, lecz jest zbyt słaby, a ja jestem za głęboko.
Kim jestem?
Jak wyglądam?
Co robię?
Z całych sił próbuję się skupić, znaleźć jakąś prostą myśl, czy wspomnienie, ale to okropnie ciężkie.
Doszukuję się jakichś uczuć, czegokolwiek, lecz jedyne, co teraz czuję to pustka i zastanawia mnie, czy nie zostać w tym stanie na zawsze.
Nie ma niczego, nawet mnie.
W mojej głowie pojawia się myśl; czy tak wygląda śmierć?
I wtedy przez gęstą, czarną chmurę przebija się zarys twarzy.
Najpierw niewyraźne, lecz po kilku sekundach widzę czekoladowe tęczówki, kilkudniowy zarost, malinowe wargi, ciemną karnację i czarne włosy.
Spod idealnie prostego nosa ścieka stróżka krwi, która po chwili otarta jest wierzchem dłoni, lecz to jedynie rozmazuje rdzawy płyn na gładkim policzku.
Nie jestem pewien, kto to, dopóki nie dostrzegam całego ciała, a w pierś wbity ozdobny pogrzebacz do kominka.
Czerwona ciecz robi ogromną plamę w miejscu wbicia i ścieka w dół, po śnieżnobiałej koszulce, która po chwili traci swą biel, a ciało bezwładnie upada na podłogę.
Upadam za nim, na kolana, zbierając go w swoje ramiona i przytulając, a dodatkowo głaszczę, odgarniam włosy i całuję.
- Tak bardzo cię przepraszam, Zayn. - Ściskam go mocniej i płaczę, patrząc w jego gasnące oczy.
Pamiętam już wszystko. Kim jestem, co zrobiłem i jak bardzo siebie nienawidzę.
- Przepraszam, Niall. - Jego szept jest słaby, a oddech staje się jeszcze cięższy. - Należało mi się. - Wiem, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale przyciskam swoje wargi do jego, co stara się odwzajemnić, lecz nie ma na tyle sił.
Czuję się, jakbym skrzywdził motyla.
Małego, pięknego i delikatnego, a tym pocałunkiem jedynie niszczę jego cudowne skrzydła, ale jest on też pozwoleniem, by odszedł z tego świata.
- Kocham cię. - Zdążamy wypowiedzieć w tym samym momencie i pewnie zaśmiałbym się, gdyby jego oczy po tym nie zgasły, a on nie umarł.
Zabiłem go.
Wszystko powoli zaczyna powracać; kolory, chłód i wszechogarniające poczucie przerażenia, z którym żyję już od dłuższego czasu.
Rozglądam się dookoła, zauważając wokół kompletne pustkowie; drogę, na końcu której znajduje się mały, drewniany kościół, a obok ogołocone ze zboża pola.
Klęczę na zimnym, wilgotnym chodniku, a obok mnie znajduje się komisarz Payne, trzymając dłoń na moim ramieniu. Jest zdezorientowany, ale jednocześnie na jego twarzy jaśnieje smutek i współczucie, czego nie doświadczałem od wieków.
Moje ciało lekko się trzęsie, jestem przemarznięty, przemoczony i wystraszony, co zauważa mężczyzna, po chwili pomagając mi wstać.
Drżę, ale ruszam w stronę kościoła, a Payne cicho kroczy obok mnie. Wiem, że widząc całą tę scenę musiał przeżyć szok. Pewnie zachowałbym się tak samo.
- Louis… Mój przyjaciel, studiujący psychologię twierdzi, że moja psychika jest w rozsypce. - Szepczę, patrząc na czubki swoich butów. - Uważa, że są momenty, w których mój mózg… Umiera.
-Dlaczego? - Pyta cicho, a ja od niechcenia wzruszam ramionami, wsuwając dłonie w kieszenie jego kurtki.
- Zayn przez kilka lat znęcał się nade mną. Psychicznie i fizycznie. Lou dziwi się, że jeszcze żyję. Gdy to nadchodzi, muszę myśleć o najprostszej rzeczy, której jestem pewien.
Dochodzimy do wielkich wrót budynku, a ja czuję, że komisarz Payne jest wstrząśnięty. Jestem kluczem w sprawie o morderstwo, mając mnie, ma całą historię i podane nazwiska świadków.
Wszystko inne zmyło się wraz z jego krwią z moich rąk.
Wchodzimy w ciszy. Maczam dłoń w wodzie święconej i mam wrażenie, że pali moje palce niczym żywy ogień, więc zaciskam w wąską linię, by nie krzyknąć.
Od razu idziemy do konfesjonału, gdzie jest już Ojciec Diego, jakby na mnie czekał.
- Chcę, by komisarz mógł wysłuchać mej spowiedzi. - Szepczę, a mój głos drży. Ojciec niepewnie przytakuje, a ja po chwili klękam.
- Wybacz mi Ojcze, ponieważ zgrzeszyłem. - Przełykam ślinę i czuję, że obaj mężczyźni napięli się w oczekiwaniu.
Teraz wiem, że muszę zacząć od początku. Od dnia, gdy to piekło się zaczęło.
__________________________________________________________________________
Witam ! Jest prolog, mam nadzieję, że Wam się podoba i skomentujecie! xx
Zerkam za siebie, w oddali dostrzegając zabłoconą ulicę, gdzie co chwilę przejeżdżają pojedyncze samochody.
Teraz ten świat wydaje się taki odległy.
- Naprawdę mnie nie zauważyłeś, czy tylko udajesz? - Podskakuję, przestraszony nagłym dźwiękiem i dopiero wtedy go dostrzegam.
Stoi oparty jednym ramieniem o mur, ubrany w czarną, podniszczoną skórzaną kurtkę, z której na ziemię leniwie skapują krople wody.
Bawi się srebrną zapalniczką, bacznie mnie obserwując, podczas gdy ja wzrokiem zjeżdżam na jego dziurawe jeansy i przetarte, ubłocone buty na motocykl.
Przełykam ślinę, sparaliżowany przerażeniem, nie mogąc się odezwać.
Moje myśli zaczynają się rozbiegać, rozsypując się na wszystkie strony, więc wypowiadam pierwszą, najprostszą rzecz, której jestem pewien.
- Nazywam się Niall Horan, mam dwadzieścia jeden lat, pochodzę z Irlandii. Zabiłem go. - Szepczę, a komisarz Liam patrzy na mnie, marszcząc brwi.
- To już wiem. - Wzdycha, szybkim ruchem wsadzając zapalniczkę do tylnej kieszeni spodni.
Mam ochotę się rozpłakać i po prostu umrzeć, bo jestem najgorszą kreaturą, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi. Lecz Zayn nienawidził, gdy robiłem z siebie ofiarę, więc staram się uspokoić.
- Chcę… Pójść do kościoła i się wyspowiadać. - Szepczę, a zanim mężczyzna zdąża się odezwać, kontynuuję. - Możesz słuchać mojej spowiedzi.
- Chodźmy. - Odpowiada niby pewnie, choć ja i tak wiem, że ma wątpliwości. Kto by nie miał? W końcu jestem mordercą.
Mimo to, Payne pozwala mi iść swobodnie, jedynie cicho za mną kroczy, a to ja go prowadzę.
Ludzie przechodzą obok, dziwnie nam się przyglądając, a ja czuję się źle, bo przecież stwarzam zagrożenie
Jestem ubrany jedynie w szarą koszulkę, więc zamarzam na kość, bo jest środek jesieni i mży, więc po chwili zaczynam głośno szczękać zębami.
- Stój. - Nakazuje Liam, a ja zamykam oczy w przerażeniu, oczekując ciosu, który nie nadchodzi
Czuję jedynie, jak ciepła kurtka ląduje na moich ramionach, a ja doznaję miliona przyjemnych dreszczy, gdy moja skóra spotyka się z przyjemnym materiałem.
Odwracam się, patrząc policjantowi w oczy i już nie potrafię powstrzymać łez, które od tak dawna zbierałem. Nikt od wieków nie był dla mnie miły.
Payne uśmiecha się z zakłopotaniem, a ja ocieram mokre policzki i po woli ruszam dalej.
- Jesteś wolny, Niall. - Mamroczę pod nosem tak, aby ktoś przez przypadek nie podsłuchał. - Już nikt cię nie skrzywdzi.
Zerkam na swoje nadgarstki, w niektórych miejscach brudne od zaschniętej krwi i pełne blizn, kończących się dopiero przy łokciu.
Nienawidzę siebie, swojego ciała, osobowości, ale w końcu nikt nie będzie mnie bił, upokarzał i mówił, jak bardzo beznadziejny jestem.
I choć tęsknota rozdziera mi serce, to jestem choć trochę szczęśliwy, czego nie zaznawałem w ciągu ostatnich miesięcy.
Ból jest nie do zniesienia, poczucie winy zżera moje wnętrzności, lecz czuję też ulgę. Po części nie żałuję, że go zabiłem.
Moje myśli zaczynają się rozsypywać, jak biały śnieg zimą.
Przystaję i oddycham ciężko, bo nie potrafię się skupić. Widzę jedynie ciemność, czuję paraliżujący strach i ból, a moje ciało zaczyna się trząść.
Wiem, że ktoś chce mi pomóc, wydostać resztki mnie z próżni, lecz jest zbyt słaby, a ja jestem za głęboko.
Kim jestem?
Jak wyglądam?
Co robię?
Z całych sił próbuję się skupić, znaleźć jakąś prostą myśl, czy wspomnienie, ale to okropnie ciężkie.
Doszukuję się jakichś uczuć, czegokolwiek, lecz jedyne, co teraz czuję to pustka i zastanawia mnie, czy nie zostać w tym stanie na zawsze.
Nie ma niczego, nawet mnie.
W mojej głowie pojawia się myśl; czy tak wygląda śmierć?
I wtedy przez gęstą, czarną chmurę przebija się zarys twarzy.
Najpierw niewyraźne, lecz po kilku sekundach widzę czekoladowe tęczówki, kilkudniowy zarost, malinowe wargi, ciemną karnację i czarne włosy.
Spod idealnie prostego nosa ścieka stróżka krwi, która po chwili otarta jest wierzchem dłoni, lecz to jedynie rozmazuje rdzawy płyn na gładkim policzku.
Nie jestem pewien, kto to, dopóki nie dostrzegam całego ciała, a w pierś wbity ozdobny pogrzebacz do kominka.
Czerwona ciecz robi ogromną plamę w miejscu wbicia i ścieka w dół, po śnieżnobiałej koszulce, która po chwili traci swą biel, a ciało bezwładnie upada na podłogę.
Upadam za nim, na kolana, zbierając go w swoje ramiona i przytulając, a dodatkowo głaszczę, odgarniam włosy i całuję.
- Tak bardzo cię przepraszam, Zayn. - Ściskam go mocniej i płaczę, patrząc w jego gasnące oczy.
Pamiętam już wszystko. Kim jestem, co zrobiłem i jak bardzo siebie nienawidzę.
- Przepraszam, Niall. - Jego szept jest słaby, a oddech staje się jeszcze cięższy. - Należało mi się. - Wiem, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale przyciskam swoje wargi do jego, co stara się odwzajemnić, lecz nie ma na tyle sił.
Czuję się, jakbym skrzywdził motyla.
Małego, pięknego i delikatnego, a tym pocałunkiem jedynie niszczę jego cudowne skrzydła, ale jest on też pozwoleniem, by odszedł z tego świata.
- Kocham cię. - Zdążamy wypowiedzieć w tym samym momencie i pewnie zaśmiałbym się, gdyby jego oczy po tym nie zgasły, a on nie umarł.
Zabiłem go.
Wszystko powoli zaczyna powracać; kolory, chłód i wszechogarniające poczucie przerażenia, z którym żyję już od dłuższego czasu.
Rozglądam się dookoła, zauważając wokół kompletne pustkowie; drogę, na końcu której znajduje się mały, drewniany kościół, a obok ogołocone ze zboża pola.
Klęczę na zimnym, wilgotnym chodniku, a obok mnie znajduje się komisarz Payne, trzymając dłoń na moim ramieniu. Jest zdezorientowany, ale jednocześnie na jego twarzy jaśnieje smutek i współczucie, czego nie doświadczałem od wieków.
Moje ciało lekko się trzęsie, jestem przemarznięty, przemoczony i wystraszony, co zauważa mężczyzna, po chwili pomagając mi wstać.
Drżę, ale ruszam w stronę kościoła, a Payne cicho kroczy obok mnie. Wiem, że widząc całą tę scenę musiał przeżyć szok. Pewnie zachowałbym się tak samo.
- Louis… Mój przyjaciel, studiujący psychologię twierdzi, że moja psychika jest w rozsypce. - Szepczę, patrząc na czubki swoich butów. - Uważa, że są momenty, w których mój mózg… Umiera.
-Dlaczego? - Pyta cicho, a ja od niechcenia wzruszam ramionami, wsuwając dłonie w kieszenie jego kurtki.
- Zayn przez kilka lat znęcał się nade mną. Psychicznie i fizycznie. Lou dziwi się, że jeszcze żyję. Gdy to nadchodzi, muszę myśleć o najprostszej rzeczy, której jestem pewien.
Dochodzimy do wielkich wrót budynku, a ja czuję, że komisarz Payne jest wstrząśnięty. Jestem kluczem w sprawie o morderstwo, mając mnie, ma całą historię i podane nazwiska świadków.
Wszystko inne zmyło się wraz z jego krwią z moich rąk.
Wchodzimy w ciszy. Maczam dłoń w wodzie święconej i mam wrażenie, że pali moje palce niczym żywy ogień, więc zaciskam w wąską linię, by nie krzyknąć.
Od razu idziemy do konfesjonału, gdzie jest już Ojciec Diego, jakby na mnie czekał.
- Chcę, by komisarz mógł wysłuchać mej spowiedzi. - Szepczę, a mój głos drży. Ojciec niepewnie przytakuje, a ja po chwili klękam.
- Wybacz mi Ojcze, ponieważ zgrzeszyłem. - Przełykam ślinę i czuję, że obaj mężczyźni napięli się w oczekiwaniu.
Teraz wiem, że muszę zacząć od początku. Od dnia, gdy to piekło się zaczęło.
__________________________________________________________________________
Witam ! Jest prolog, mam nadzieję, że Wam się podoba i skomentujecie! xx
Subskrybuj:
Posty (Atom)