poniedziałek, 24 lutego 2014

Words Can Hurt Too

Tak wiele rzeczy się zmieniło.
Zayn na początku zrobił się odrobinę bardziej oschły i nerwowy, jednak nadal często mnie przytulał, całował i po prostu kochał, więc nie czułem się źle. Nie mogłem.
Sumiennie przestrzegałem zasad i wypełniałem swoje obowiązki, jak najlepiej odnosząc się do zakazów.
Obiecywałem być grzecznym, co w pełni poskutkowało dopiero po tygodniu, ponieważ przez cały ten czas nie odezwał się do mnie ani słowem.
Mimo to, starałem się całym sercem, bo kochałem go każdą częścią siebie i wierzyłem, że tak właśnie powinno być. Byłem do tego przyzwyczajany.
Tak, jak objawiały się coraz to nowsze kary, zawsze był bardziej kochany, pomocny i czuły.
Więc dlaczego miałbym czuć się źle, czy narzekać?
Na okrągło miałem sine policzki, lub podbite oczy.
Bardzo często mnie uderzał i teraz w tych wszystkich wspomnieniach widzę, jak nieprzyzwoitą sprawiało mu to przyjemność.
Wówczas w jego ciemnobrązowych oczach odznaczały się iskry, które miały kolor wygasającego paleniska. Niczym czerniejący żar, z czerwonym błyskiem.
Któregoś dnia, gdy znów uderzył mnie za niedokładne umycie jednego z widelców, po moim policzku ściekła jedna, samotna, okropnie słona łza, zatrzymując się na ustach, bym mógł poczuć smak bólu, jaki odczuwa wtedy moja dusza, zaczął krzyczeć.
- Jak można być taką beksą? Najpierw robisz źle, a kiedy zostaniesz ukarany, udajesz tego pokrzywdzonego? - Warknął całą siłą płuc.
Skuliłem się w sobie, przygryzając wargę do krwi, zaciskając z całych sił powieki, by tylko nie spadły z mych oczu kolejne krople.
- Przepraszam – Wyszeptałem, ledwo powstrzymując się przed drżeniem ze strachu.
- Nie przepraszaj. Twoje przeprosiny są gówno warte. Tak jak całe twoje życie i wszystko co robisz. Jesteś tylko głupim, małym chłopcem. Brudną szmatą. Widziałeś kiedyś, jak wyglądasz? - Prychnął, a ja zacisnąłem zęby tak mocno, że szkarłatny płyn pociekł w dół po mojej brodzie, kapiąc na podłogę.
Czułem, jakby ktoś próbował wypalić mi oczy, choć w rzeczywistości były to tylko moje łzy, które chciały się wydostać. Cały Zayn został przez nie rozmazany i na moment poczułem ulgę, nie musząc patrzeć na tego potwora.
- Jesteś obrzydliwy. Brzydzę się cię dotykać i całować, a co dopiero kochać z tobą, ale jestem na tyle dobry, że to powstrzymuję. - W jednym kroku doszedł do mnie, z całej siły zaciskając palce na mojej brodzie, przez co musiałem przestać gryźć wargę. Było to równoznaczne z puszczeniem łez, a te z prędkością światła wyznaczyły swój tor, płynąc i płynąc, jakby chciały po prostu przed nim uciec.
- Mówiłem ci, kurwa, żebyś nie beczał. - Pchnął mnie na ścianę, przez co po moich plecach rozszedł się przeszywający ból. Uścisk w gardle spowodowany strachem uniemożliwił mi zaskomlenie, za co byłem wdzięczny, bo przecież to by go rozwścieczyło.
Teraz wdziałem już świetnie. Każdy kontur, kolor i Zayna, który wyglądał niczym polujące zwierze, które właśnie wybrało ofiarę i swoimi ostrymi zębiskami miał przegryźć jej tętnicę szyjną, by zabić, a później rozszarpać konające ciało, tylko po to, by mieć tę chorą satysfakcję i czuć metaliczny smak krwi.
Ponownie do mnie doszedł i wyciągnął pięść, która momentalnie poleciała w stronę mojej twarzy.
- Kocham cię. - Pisnąłem, odwracając głowę tak, by ponownie nie złamał mi nosa i zamykając oczy, by nie musieć tego widzieć.
Lecz cios nie nadszedł.
Uchyliłem jedno oko, patrząc na Malika, który trzymał swoją dłoń milimetry przed moją twarzą i przysięgam, odetchnąłbym z ulgą, gdybym nie był tak bardzo przerażony.
Zgarnął mnie w swoje ramiona, głaszcząc delikatnie po plecach i włosach, a ja objąłem go w pasie rękoma, twarz chowając w jego piersi i powoli wdychając zapach drogich perfum pomieszanych z dymem papierosowym.
Poczułem ulgę i radość jednocześnie, a wszystkie negatywne emocje uleciały gdzieś daleko, bo przecież to był Zayn, kochał mnie i przytulał, jak mógłbym być zły?
- Tak bardzo, bardzo mocno. - Dopowiedziałem moment później, a on cmoknął mnie w głowę.
- Wiem, kochanie. Tak, jak ja ciebie.
Jak często używałem tych słów, by mnie nie krzywdził?
Na okrągło, choć często nie skutkowało, gdyż był już tak wściekły.
Od tamtego oto dnia prawie każdego następnego wyzywał mnie, krzyczał obelgi. Po prostu znalazł nowy sposób, by mnie skrzywdzić i wbrew pozorom jego słowa raniły mnie bardziej, niż pięści.
No bo jak poczułby się ktokolwiek,  gdyby osoba, którą kocha całym sobą, każdą częścią i komórką, mówiła mu, że jest beznadziejny, obrzydliwy, brzydki, gruby?
To było uczucie podobne do wbijania sztyletu; raz za razem, ciągle i znowu, prosto w serce, które nie mogło przestać krwawić.
Zayn nie znał litości.
To były po prostu momenty, gdy twierdził, że już zostałem wystarczająco ukarany.
Mimo wszystko, zawsze uważałem, że zasługuję na wszystko, co dostaję.
  !UWAGA!
                   Opisane poniżej sceny mogą być drastyczne.
Pewnego dnia, dość ciepłego, pamiętam, bo okropnie mocno świeciło słońce, powiedział, że mnie nienawidzi. Był to dwudziesty pierwszy sierpnia.
Wtedy bowiem usiadłem na białych, kuchennych kafelkach, a Malik stał nade mną, z założonymi na pierś rękoma, przyglądając się moim poczynaniom.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń, skierowaną wnętrzem ku górze i szybkim, zdecydowanym ruchem przeciągnąłem po nadgarstku żyletką.
Krew niemal trysnęła, strumieniem spływając na ziemię, brudząc idealną biel.
Zayn uśmiechnął się, po czym ukląkł obok mnie, chwytając moją dłoń i językiem powoli zlizując całą tę krew, która wyciekła z mej rany, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Przyjemny prąd, tak mylnie podobny do podniecenia rozszedł się po moim ciele, gdy Malik złączył nasze usta w pocałunku, a ja zasmakowałem swojej własnej krwi.
- Tak właśnie smakuje życie, Niall. -Szepnął, dłoń na moment kładąc na moim policzku, po czym odszedł, zostawiając mnie samego.
Poczułem się pusty i wypalony, a równocześnie spełniony i szczęśliwy.
Rana piekła, ale ten ból naprawdę mnie zadowalał, więc nie chciałem płakać.
Zayn był sadystą i potrafił wykorzystywać moje uczucia do własnych celów.
Najczęściej uciekał się do strachu i miłości. To odczuwałem najmocniej.
Wtedy więc robiłem to, co on chciał, bym zrobił.
W moje urodziny wpadli do nas koledzy, w tym Louis i Harry.
Nosiłem bransoletki, by nie było widać ran i blizn, które były tak liczne.
Lou tego dnia wciąż mnie przytulał, całował w policzki, trzymał na kolanach i choć Zayn śmiał się z tego, ja wiedziałem, że nie jest zadowolony.
Zostaliśmy sami około dwudziestej drugiej, gdyż wszyscy rozeszli się do swoich domów i wtedy właśnie obudził się demon, którego jeszcze nigdy nie widziałem.
- Co ty sobie myślisz?! Jesteś mój, szmato.
Nie odpowiedziałem, to nie miało sensu, więc jedynie spuściłem głowę, pokazując tym swoją uległość.
- Tym razem przegiąłeś. To cię oduczy.
Powalił mnie na kolana, gdzieś po drodze zrywając koszulkę.
"Zasłużyłem" wypowiadałem cichutko, jak najmocniej zaciskając powieki.
Byłem przerażony do szpiku kości.
Do dziś nie mam pojęcia, skąd wziął bicz. Może wcześniej miał inną ofiarę?
Lecz w takim wypadku zabił ją, czy jakimś sposobem udało jej się uciec?
Pierwsze uderzenie było szokiem.
Moje oczy i usta otworzyły się szeroko na tę nową metodę krzywd.
Ból rozszedł się po całym ciele, paraliżując swoją siłą, a krew trysnęła z poszarpanej rany, brudząc wszystko dookoła.
Zacisnąłem zęby, by nie krzyknąć z bólu. Miałem nadzieję, że uderzy tylko raz.
Lecz uderzył trzy, a kafelki skąpane były w czermieni i poszarpanych kawałkach skóry.
Czułem się, jakby te rany płonęły. Nie potrafiłem skupić się na niczym innym, jak tylko cieknącej krwi, rozciętej skórze i silnym, pulsującym bólu.
Na początku uderzenia bicza porównywalne były do lekkiego, łaskoczącego bólu, dopiero gdy rana rozrywała się na dwie części czułem, że to piekło.
Piekło, na które w pełni zasłużyłem.
Nie zostawił mnie, co było zadziwiające.
W sypialni położył mnie na brzuchu, na poranione plecy kładąc mokre, zimne ręczniki, dożylnie podając mi leki przeciwbólowe.
Zadbał o mnie.
Byłem odurzony, miałem zamknięte oczy, a Zayn usiadł obok mnie, głaszcząc moją dłoń.
Napiąłem się w przerażeniu i powiem szczerze, nawet nie wiem, kiedy zacząłem bać się każdego gestu z jego strony.
- Przepraszam, Nialler. Nie potrafię nad tym panować. - Szepnął cicho i przysięgam, w jego głosie słychać było czystą szczerość, żal i skruchę.
- Tak bardzo cię kocham. - Dopowiedział, całując mój policzek.
To był jedyny raz, kiedy usłyszałem, jak mnie przeprasza i zastanawia mnie, czy robił to jeszcze kiedyś, tylko ja spałem?
Mimo to, te kilka słów wystarczyło, bym mu wybaczył.
Odwracam się, podciągając bluzkę ku górze, by odsłonić trzy długie, grube blizny, które mieszcząc się na plecach.
Ukazuję coś, co zawsze skrywałem, ale są o wiele gorsze ślady kar, jakich doświadczyłem w swoim życiu.
- Jak mogłeś mu wybaczyć? - Pyta komisarz Payne, marszcząc brwi.
Odwracam się, by stanąć do niego przodem i uśmiecham smutno.
- Kochałem go. Nadal kocham. - Mówię pewnie, choć cicho. - Choć czuję się wolny, niczego w życiu nie żałuję bardziej, niż tego, że go zabiłem. Był wszystkim, co miałem.
- Lecz na okrągło cię krzywdził. - Wybucha mężczyzna, wyrzucając ręce w powietrze.
- Zasługiwałem na to. - jestem spokojny, opanowany i cichy, a mój głos nie zdradzał żadnych emocji. Jak przez cały czas.
- Nie wierzę. Nie zrobiłeś mu nic złego. - Usilnie przekonuje, czerwieniejąc ze złości, a ja kulę się ze strachu.
I nim Payne zdąża się uspokoić,
mnie dopada ciemność, pochłaniając w całości, a ja nie czuję zupełnie nic.

niedziela, 2 lutego 2014

The First And Second Blow

KURSYWA TO WSPOMNIENIA, NORMALNE TO CZAS TERAŹNIEJSZY

Pamiętam dzień w którym się poznaliśmy jak przez mgłę.

Było zimno, wręcz lodowato. Mróz szczypał w moje policzki, zostawiając na nich czerwone ślady.

Szczerze, z całego serca nienawidziłem zimy, a ten dzień był wyjątkowo okropny. Miałem zaledwie dziewiętnaście lat i szedłem do pracy w klubie Night Caffe, gdzie byłem kelnerem, a od czasu do czasu robiłem za artystę, śpiewając i grając na gitarze.

Nie mogę nazwać tego inaczej, nie potrafię. To musiało być przeznaczeniem, wyglądając jak scena z tandetnego filmu.

Chodnik był okropnie oblodzony, więc ja, niezdara życia, poślizgnąłem się kawałek przed drzwiami, które w tym samym momencie otworzyły się, a ja momentalnie wpadłem w ramiona nieznajomego.
Zayna.

On się zaśmiał, za to ja spłonąłem rumieńcem, którego zapewne nie było widać, bo przecież moje policzki i tak były już okropnie purpurowe.

Przeprosiłem, a wtedy Zayn spytał, czy mam ochotę iść z nim na kawę.

Miałem, ale nie mogłem.

Przez następne dwa tygodnie pojawiał się w Night Caffe każdego dnia, na moją zmianę. Obserwował, uśmiechał się, czasem zagadywał, lecz tylko wtedy, gdy musiałem go obsłużyć.

I w końcu, któregoś dnia czekał, aż skończę pracę Było około trzeciej w nocy, więc uparł się, by mnie odprowadzić. Czułem się dziwnie, ale nie protestowałem… Sam nie wiem czemu. Nie znałem go, lecz… Czułem się bezpiecznie.

Przez całą tę drogę rozmawialiśmy, opowiadając o sobie.
 

Był świetny; zabawny, czasem kąśliwy, potrafił dopasować się do sytuacji i był również czuły.

Przed drzwiami mojego mieszkania mnie pocałował.

I po tym nie widzieliśmy się przez kolejny miesiąc.

Pamiętam, że ja i Louis udaliśmy się do restauracji niedaleko uczelni, gdzie ja studiowałem astronomię, a Lou psychologię.

Jedliśmy w spokoju, gdy mój przyjaciel nagle oznajmił, że ma spotkać się tutaj z Harry’m, z którym od pewnego czasu się umawiał, a ów Harry miał przyjść z przyjacielem.

Nie byłem towarzyski.

Byłem tym rodzajem chłopca, który czerwieni się od byle komplementu czy niezręczności, więc gdy usłyszałem głos Hazzy, po prostu spuściłem głowę i zacząłem grzebać w talerzu.

- Hej. - Dopiero ten głos wyrwał mnie z mojego świata, w którym byłem wśród gwiazd. Spojrzałem w górę, dostrzegając Zayna. Wyglądał idealnie; kilkudniowy zarost, uśmiech, błąkający się gdzieś w kącikach warg, ciemne oczy, otoczone wachlarzem długich, czarnych rzęs i perfekcyjnie ułożone, czarne włosy, tym razem z blond pasemkiem na przodzie.

- To pasemko ma dla ciebie. - Szepnął mi Louis na ucho, a ja od razu pokryłem się purpurom.
Chłopcy usiedli naprzeciw nas, zaczynając z Lou przyjazną rozmowę,a ja odpłynąłem.

Myślałem o Zaynie; o naszym pierwszym spotkaniu, jego wizytach w Night Caffe i w końcu o pocałunku, który był zaledwie muśnięciem warg, więc nie mogłem nawet tego wspominać, gdyż było to porównywalne do dotyku skrzydeł motyla.

- Nialler, żyj. - Szturchnął mnie przyjaciel, a ja spojrzałem na wszystkich dookoła, czując się nagle cholernie przytłoczony.

Wolałbym być sam, w pustym pomieszczeniu i po prostu móc odpłynąć.

- Przecież żyję.- Odburknąłem bez przekonania, rozgrzebując widelcem kawałek mięsa na talerzu.

- Ale chyba nie w tym świecie. - Zaśmiał się Zayn.

Obrzuciłem go krótkim spojrzeniem, delikatnie się uśmiechając.

Wydawało się, jakby ten chłopak znał mnie lepiej, niż ja sam, co było przerażające i wspaniałe jednocześnie.

Później już się nie odezwałem, a i nikt nie próbował mnie zagadać. To było dobre.

Od tego czasu widywałem Zayna częściej, lecz i tak prawie nie rozmawialiśmy.

Ja do wszystkiego potrzebowałem czasu, a Malik… Malik był cudowny, bo mi go dawał. Starał się o mnie, małymi kroczkami i gestami, będąc czułym, wyrozumiałym i zawsze skorym do pomocy.

Aż w końcu się zakochałem i dałem nam szansę.

Tego dnia właśnie się przeprowadziłem do jego domu. Wszystkie moje rzeczy były już rozpakowane, a my obaj siedzieliśmy na kanapie, oglądając mecz.

Byłem wtulony w jego bok; czułem się pewnie, bezpiecznie i ciepło, a w dodatku w końcu kochany. 

Czego mógłbym chcieć więcej?

Wtedy wszystko się zaczęło. Powoli, spokojnie, tak, jak mnie zdobywał. Po prostu przyzwyczajał mnie do niektórych nakazów i zakazów, a ja byłem zbyt głupi, by cokolwiek podejrzewać.

Pierwszym moim obowiązkiem było wstawać o szóstej, zmywać naczynia z poprzedniego dnia, robić śniadanie i parzyć kawę tak, by Zayn już o siódmej mógł siadać do stołu, a o siódmej trzydzieści wychodzić. Oczywiście, musiałem też po tym sprzątać.

Myślałem, że tak powinno być, że Zayna to ucieszy i będzie wdzięczny. Lecz on powoli owijał mnie wokół palca, zacieśniając, bym nie mógł uciec.

Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek naprawdę mnie kochał.

Zawsze w soboty sprzątaliśmy. Moim zadaniem było doprowadzić do porządku kuchnię, salon, łazienkę i nasz pokój, a Malik zajmował się resztą.

To przecież dobrze, że dzieliliśmy się obowiązkami, prawda?

Zawsze po takim sprzątaniu, siadaliśmy na tej beżowej kanapie; ja grałem na gitarze, on śpiewał. 

Później przytulaliśmy się, całowaliśmy i po prostu zasypialiśmy w swoich ramionach.

Byłem przyzwyczajony do tej stabilizacji.

On wciąż wprowadzał małe zmiany, niedostrzegalne dla mnie, a ja po prostu się przyzwyczajałem, bo tak musiało być.

Gdy nie wywiązywałem się z obowiązków, byłem karany. Nie odzywał się do mnie, ignorował mnie, czasem popchnął, w późniejszym czasie krzyczał.

Takim sposobem minęły trzy miesiące i nadszedł dzień urodzin Josha, mojego starego kumpla.

Wtedy to złamałem około pięciu zakazów Zayna, którego nie było ze mną na tej imprezie.

Piłem alkohol, wróciłem po północy, nie odbierałem telefonów, nie zapytałem o zgodę, rozmawiałem z innymi mężczyznami.

Po powrocie do domu był wściekły. Pierwszy raz go takiego widziałem. Niestety, nie ostatni.

- Śmierdzisz wódą! - Krzyknął, a ja skuliłem się na mocny dźwięk jego głosu, który echem rozszedł się po domu.

- Josh miał urodziny, to było symboliczne. - Pisnąłem przerażony, odsuwając się kawałek. Pierwszy raz dostrzegłem w nim potwora, którego tak świetnie skrywał.

- Nie kłam. Co jeszcze robiłeś? Oprócz tego, że jest pierwsza w nocy i nie odebrałeś żadnego z moich telefonów. - Warknął, a jego oczy pociemniały.

Nigdy wcześniej nie byłem tak przerażony. Później, to inna sprawa

- Przestań, Zayn. Nie zrobiłem nic złego. - Wyszeptałem niepewnie.

I wtedy to się stało.

Jego pięść z szybkością światła poleciała w stronę mojej twarzy, na końcu spotykając się z moim nosem.

Pierwszym uczuciem był szok, gdy siła uderzenia sprawiła, że cofnąłem się o kilka kroków, a chwilę później przeszywający ból rozszedł się po moim ciele, podczas gdy do moich uszu dobiegł dźwięk łamanej kości.

Krew poleciała jeszcze szybciej, niż cios Zayna, kapiąc na moją brodę, ubrania i podłogę.
Nie panowałem nad łzami, trzęsącym się ciałem, poczuciem strachu, płynącą krwią i nad Malikiem, któremu ten jeden, pierwszy cios nie wystarczył. Musiał nadejść drugi.

Prosto w przeponę, zapierając mi dech w piersi i skutecznie powalając na ziemię.
Wciąż krwawiłem, teraz robiąc wokół mojej twarzy małą kałużę i próbując złapać oddech. 

Zwymiotowałem, wszystkim co zjadłem i wypiłem, przez siłę z jaką zostałem uderzony.

Jak się wtedy czułem? Jak śmieć, bezużyteczna szmata, którą w zasadzie jestem.

On odszedł, a ja leżałem we własnych wymiocinach i krwi, czując się żałośnie, ledwo oddychając, nie mając siły, by żyć.

Lecz mimo wszystko czułem, że dostałem to, na co zasłużyłem.

Zaciskam powieki, spod których nieprzerwanie ciekły łzy.

Komisarz Payne podchodzi i daje mi chusteczkę, którą ja z wdzięcznością przyjmuję i ocieram mokrą twarz.

- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. - Szepcze policjant, a ja kręcę przecząco głową.

- Chcę. - Mój głos jest słaby i drżący, więc odchrząkuję, jakby to miało pomóc. - Chcę w końcu powiedzieć, jak było. Bo nikt nie wiedział. A ja mimo tego wszystkiego wciąż go kochałem i… Wybaczałem mu to wszystko. Nienawidzę tylko siebie, nie jego. On mnie nie zabił, ja go tak.

- Lecz on cię krzywdził. - Payne marszczy brwi, a ja przełknąłem gulę w gardle, ponownie ocierając łzy.

- To było niczym. Później było gorzej. Robił gorsze rzeczy. - Szepczę w przestrzeń, zamykając oczy.

Wspomnienia palą mój umysł niczym żywy ogień, a ja mam ochotę się zabić, lecz wiem, że nawet na to nie zasługuję. Śmierć byłaby zbyt dobra.
Ja muszę cierpieć.

___________________________________________________
Chociaż jeden komentarz? To nie boli !